Wstęp

Wstęp

W tym miejscu będę się mądrzył na temat przyczyn wypadków drogowych, bezpieczeństwa na naszych szosach i ulicach, na temat nieracjonalnych przepisów drogowych, idiotycznej często praktyce kontroli kierowców, bezsensowności niektórych limitów dozwolonej szybkości itd. Muszę się więc wytłumaczyć co mnie upoważnia do zabierania głosu, dlaczego uważam, że jestem kompetentny w tych sprawach?

10 czerwca 1958 roku – tak, to było prawie 56 lat temu – zakręciłem korbą silnika półciężarówki GAZ jak na zdjęciu, silnik zaskoczył i ruszyłem z egzaminatorem sprzed Wydziału Komunikacji na ul. Floriańskiej w Warszawie. Zdałem! Ukoronowaniem trzymiesięcznego kursu na ul. Dzikiej było zawodowe prawo jazdy III kategorii. Pierwszą pracę jako kierowca znalazłem w Łączności, a pierwszym kursem przywiozłem papierosy i gazety do kiosku Ruchu na terenie Politechniki Warszawskiej. Kiedy wspinałem się po ozdobnych schodach PW, naszła mnie refleksja, że przed wojną tą drogą codziennie podążał mój dziadek, wielce poważany hydrogeolog prof. Karol Pomianowski, absolwent politechniki w Zurichu. Takie były jednak losy inteligenckiej młodzieży, której nie było do twarzy w zielonych mundurkach ZMW i w czerwonych krawatach. Naszym idolem był Hłasko, fenomenalnie uzdolniony pisarz, który ucieczki przed postępowym ustrojem społecznym szukał jako szofer w „bazie ludzi umarłych” w Bieszczadach. Moim najbliższym przyjacielem i guru w szoferskim fachu był Andrzej Dewitz vel „Kajtek” wnuk prof. Wandy Dewitz z SGPiS-u i wnuk Juliana Szwede znanego przed wojną producenta żelazek, kuchenek i grzejników elektrycznych w Bielsku Białej (taka kuchenka służyła nam do lat 60.). Kiedy jeździłem Starem 20 w Zakładach Transportowych Budownictwa Warszawa na ul Polnej 9, często na tzw. „Syberii” czyli nie istniejącej już bocznicy na ul. Towarowej, gdzie przychodziły wagony z materiałami budowlanymi spotykałem za kierownicą takiej samej ciężarówki chłopaka, który był absolwentem historii na UW. Takie to były czasy, ale umiejętności zdobyte pod koniec lat 50. przydały mi się kiedy w stanie wojennym mój ówczesny szef, redaktor naczelny „Życia Gospodarczego”, prywatnie bardzo przyzwoity człowiek , choć sekretarz KC PZPR dał mi, jako (oczywiście) negatywnie zweryfikowanemu dziennikarzowi, talon na Stara 200. Samochód z napisem „Przewóz towarów. Brwinów 49” zapewnił mi dużo wyższy status materialny niż mieli go koledzy, którzy zostali w zawodzie. Redaktor Maciek Wierzyński – jeździł w tym czasie taksówką po Warszawie – rzucił hasło „musimy pokazać, że kolaboracja jest nie tylko niemoralna, ale i nie opłacalna”. To były fajne lata.

Od 1958 r do dziś przejechałem z pewnością grubo ponad milion kilometrów różnymi samochodami i paręset tysięcy motocyklami (turystycznymi i naked-ami). Bez wypadku! Z jedną poważniejszą kolizją. 18 grudnia 1959 r wiozłem jakąś maszynę Starem w barwach Warszawskiego Przedsiębiorstwa Budowy Pieców Przemysłowych z Kielc do Warszawy. Jechałem przez zawalone śniegiem (kiedyś nawet zimy były lepsze!) ulice Grójca z szybkością 40 km/ha. Za szybko! Kiedy na zakręcie, vis-a-vis Aresztu Śledczego zobaczyłem wielką przyczepę ze żwirem, tarasująca pół jezdni udało mi się zmniejszyć szybkość do 20 km/ha. I prawie się zmieściłem. Prawie…Kiedy nazajutrz spojrzałem na totalnie skasowaną kabinę (nowa kosztowała wtedy 11 000 zł) pomyślałem, że gdyby zobaczył ją ktoś nie wiedzący jak doszło do kolizji mógłby sądzić, że wozem jechał jakiś wariat, który bokiem wpadł na przeszkodę pędząc 100 km na godzinę.

Od tego czasu wiem jak niebezpieczna jest szybkość i zawsze udało mi się zachować szybkość bezpieczną w nieprzeliczonych trudnych sytuacjach drogowych. Nigdy też nie miałem już kolizji (no, może drobne otarcia, np. parę miesięcy temu przepychałem się swoim motocyklem między autami stojącymi przed światłami, a kiedy one ruszyły i lusterka z mojej lewej i prawej strony znalazły się w jednej linii, zrobiło się za wąsko i zaliczyłem glebę oraz 5 cm rysę na jednym z aut, za którą musiałem zapłacić 700 zł). Ogólnie jeżdżę wyjątkowo ostrożnie – czyli z szybkością dostosowaną do warunków i sytuacji, a równocześnie wpadłem setki razy w sidła kontroli szybkości. Tak doszedłem do wniosku, że te wszystkie fotoradary, ci czający się po krzakach chłopcy radarowcy, ten cały system limitowania szybkości jest o kant d… potłuc. Nie tędy droga…

Brak komentarzy

Skomentuj