Tagi Posts tagged with "wyprawa motocyklowa"

wyprawa motocyklowa

 

Kiedy u Tomka zbieramy się w siedem motocykli, na niebie wiszą ołowiane chmury. Ale na poczatku czerwca jest ciepło więc umawiamy się, że deszczówki założymy dopiero jak zaczną padać pierwsze krople. Bocznymi drogami, kawałek nawet szutrem, dojeżdżamy do szlaku TIR-ów od Sochaczewa do Mińska. Przed Grójcem napotykamy 7-kilometrowy, stojący chyba od wielu godzin korek ciężarówek i aut osobowych. Ależ nam muszą zazdrościć kiedy swobodnie śmigamy obok nich.

Tomek, organizator wypadu do Rumunii i natura wodzowska obejmuje komendę nad grupą i pewnie prowadzi w dość szybkim tempie. Koło Sandomierza niebo pozbywa się wody. Zaczyna padać, Tomek jedzie, przestaje padać, zaczyna lać, Tomek jedzie. Jest ulewa, Tomek jedzie, my za nim, w kufrach deszczówki. Pierwszy ja się buntuję kiedy woda zaczyna mi spływać po plecach i brzuchu. Jesteśmy przemoczeni do tzw. suchej nitki.

IMAG0437

Często się zdarza, że kierowców przyssie do kierownicy jakaś tajemna siła i nie potrafią się zatrzymać mimo chóru głośnych protestów ze strony pasażerów, żony, dziecka, teściowej i nawet psa. Podejrzewam, że tu zadziałało jeszcze coś innego. Faceci pracujący w korporacjach lub w ich cieniu potrzebują od czasu do czasu jakiejś męskiej przygody, żeby odreagować, żeby się sprawdzić. Czy dlatego tu, gdzie ja mówię o wycieczce lub podróży oni używają określenia „wyprawa”? Mokra różnica między wycieczką a wyprawą zostaje podkreślona kiedy stojąc przed światłami w jakimś podkarpackim miasteczku zostaję zmieciony przez Daniela. Zawadza mnie swoim kufrem tak skutecznie, że padam na asfalt. On zresztą też. Podnóżek wbija mi się w stopę, boli jak cholera, kufer zdeformowany, gmol przygięty. Szkody okazały się zresztą mniejsze niż przypuszczałem, za naprawę Motomirek wziął całe… 30 zł.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lidka jadąca na jakiś zlot Afrika Twin opuściła nas wcześniej, za to w Dukli dołącza Toopi ze Śląska. Już na Węgrzech, na jakiejś dziurawej drodze, nieopodal małej wsi Lężan stwierdza, że lewy kufer chce się pożegnać z jego Afriką wskutek pęknięcia spawu mocowania. Mariusz rusza w stronę najbliższych zabudowań i po chwili wraca z informacją, że gospodarz ma spawarkę. Sprawdza się jego przekonanie, że jeśli trzeba coś naprawić, znajdziesz pomoc w najbliższych trzech domach. Już po ciemku docieramy do malowniczego miasteczka Tokaj. Nocujemy w uroczym pensjonacie gdzie chłopcy zarażeni Transfagarską i Transalpiną zawsze się zatrzymują jadąc do tego królestwa ostrych zakrętów i serpentyn.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na przejściu do Rumunii czekamy w długiej kolejce, bo dokładnie sprawdzają dokumenty. Dopisuję to do rachunku dla Merkel, sentymentalnej baby zakręconej na punkcie imigrantów. Za granicą jedziemy przez Satu Mare i Negresti ale za Boga nie pamiętam, w którym z tych miast jechaliśmy aleją przepięknych architektonicznie pensjonatów i nowoczesnych hoteli. Żeby nam się w głowach nie poprzewracało Tomek wybiera coraz węższe drogi asfaltowe, aż zjeżdżamy w drogę gruntową. Wysypana jest luźnym tłuczniem wielkości damskiej pięści. Trzymam lekko kierownicę, która trochę myszkuje i trzymam silnik na obrotach. Usta mi się nie zamykają, bo cały czas na głos przeklinam. Ale i innym ta „nawierzchnia” nie była w smak. Potem jedziemy gliniastą, wyboistą drogą polną, gdzie zaliczam parkingówę. Oficjalne wyjaśnienie brzmi, że moja wysoka szyba zniekształca obraz na pewnej wysokości i dlatego nie doceniłem głębokości dziury. W głębi duszy wiem, że jestem słaby w jeździe terenowej. Kiedy rzeczka nieznanej głębokości przegradza nam drogę zawracamy. Ale w żyłach pulsuje już nam andrenalina zagłuszająca zmęczenie. To się zemści na najbliższym postojach. Nieuwaga wynikająca ze zmęczenia spowodowała, że przed restauracją Toopi ustawił swój motocykl tak nieszczęśliwie, że przewraca się na nową maszynę Tomka. Podziwiam opanowanie właściciela przewróconej maszyny i wygłaszam umoralniającą pogadankę o tym, że skoro „gleba” na własnym motocyklu to hańba, to jak nazwać uszkodzenie maszyny kolegi!

IMAG0442

Kiedy opuszczamy góry przejeżdżamy przez ładne wsie. Ale puste, tylko starzy ludzie siedzą na ławeczkach i patrzą przed siebie pustym wzrokiem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zatrzymujemy się w Sapanta i zwiedzamy tam słynny „wesoły cmentarz”. Krzyże i nagrobki są drewniane i pomalowane wesołymi kolorami, obrazki przedstawiają dowcipnie właściwości nieboszczyka.

20160610_190335

Kiedy ruszamy na urrra, wszyscy naraz – wspominałem o andrenalinie – w powstałym zamieszaniu Toopi swoim motocyklem „demontuje” kufer Jarka. Pęka aluminiowy odlew mocowania. Jarek okazuje się jednak prawdziwym Mc Goverem, ma w swym bagażu nawet piłę i z kawałków drewna z pobliskiego tartaku oraz tuzina trytek konstruuje drewniany stelarz. Konstrukcja wytrzymała aż do kraju.

IMG_20160610_200836

Jarek jest największym pechowcem nie dość, że kufer ma przyczepiony trytkami to jeszcze wysiadł mu akumulator. Swojego GS 1150 zapala na pych. Ale te awarie nie robią na nim najmniejszego wrażenia, pcha się w miejsca, gdzie inni wjechać się nie odważają.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nocujemy w przepięknym ośrodku hotelowym, wśród gór, kolacja w pawilonie ustawionym nad strumykiem, jemy pstrągi z tej rzeczki. Strumyk szemrze pod samym oknem sypialni.

IMAG0436

Nazajutrz jedziemy nieopodal obejrzeć najwyższą konstrukcję drewnianą na świecie, dzwonnicę kościelną. W drodze przez park Jarek nie domknął wizjera i tuż koło oka użądliła go osa. Puchnie w oczach. Opuchlizna nabiera kolorów. Za chwilę, z prawej strony wygląda jakby walczył z Kliczką na pełnym dystansie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kierujemy się na północny wschód, w rejon gminy z polskimi wsiami. Tomek wybiera drogę możliwie jak najbardziej krętą. Zaczyna się czar zakrętów i serpentyn. Tego nie zrozumie nikt poza motocyklistami. Manewr wygląda prosto i nieskomplikowanie. Przed wejściem w zakręt zmniejsza się szybkość, redukuje bieg, następnie robi się przeciwskręt, wypychając do przodu tę stronę kierownicy w którą motocykl ma się pochylić i dostosowując szybkość do pochylenia pokonuje się zakręt, a od połowy już przyśpiesza. Im większe pochylenie tym może być większa szybkość. Ale ileż w tym wszystkim miejsca na finezję i doskonalenie się. Czy wybrałem idealną linię? Ups! zakręt wyrzucił mnie na pas przeciwnego kierunku, dobrze, że nikt nie jechał! Cholera, dlaczego nie przydusiłem motoru głębiej w zakręt tylko zacząłem hamować? O! teraz znalazłem idealną linię skrętu. Dobrze, że później zacząłem hamować i szybciej dodawać gaz, przez to zbliżyłem się do jadącego przede mną. Nie bój się wejdź w tę agrafkę z większą szybkością. I tak idzie zakręt, za zakrętem a cały czas trwa wewnętrzny dialog motocyklisty ze sobą. Każdy zakręt jest inny, każdy niesie inne emocje i wnioski.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W deszczu docieramy do wsi, której polska, oficjalna nazwa brzmi Nowy Solan. Nocujemy w tamtejszym Domu Polskim, który pełni rolę domu kultury, klubo kawiarni i hotelu. Zaskakujące wrażenie jest, kiedy miejscowi rozmawiają na ulicy po polsku. Są to potomkowie „imigrantów”, których w XIX wieku, po odkryciu złóż soli sprowadzono z podkrakowskiej Wieliczki. Obydwie miejscowości oddalone od siebie przynajmniej o 1000 km, znajdowały się na terenie ówczesnych c.k. Austro-Węgier. Stelarz do mocowania kufrówAfryki Leżana znów potrzebuje interwencji mechanika, tym razem niezbędna jest śruba, którą donoszą miejscowi chłopcy.

Rano ruszamy w ulewnym deszczu, tylko Daniel zostaje bo chce wziąć udział w niedzielnej mszy odprawianej oczywiście po polsku w miejscowym kościele. Przez pierwsze dwie, trzy godziny ulewy spotykamy tylko dwóch motocyklistów. Masochiści jacyś, czy może też przerabiają wycieczkę krajoznawczą na męską wyprawę motocyklową? Zwiedzamy przepiękny wąwóz Bicas do którego wjeżdża się szosą pełną zakrętów i serpentyn. Podziwiam Leżana, który w najbardziej malowniczych miejscach, lekko zwalnia, wyciąga jedną ręką aparat z kieszeni i robi zdjęcia. Na krętych drogach górskich chłopcy tradycyjnie mi odjeżdżają. Jeszcze na pierwszym czy drugim zakręcie widzę zapalające się światła stopu, a potem tracę ich z oczu. Nie gonię ich, mam pewność, że zaczekają przy najbliższym rozwidleniu dróg. Ja bardzo rzadko dohamowywuje wchodząc w zakręt, najczęściej puszczam gaz dostatecznie wcześnie, żeby mój bokser GS 1200 sam zwolnił. Ale jazda po górach tą metodą pochłania więcej czasu niż sportowy styl czyli gaz od połowy zakrętu – wbicie wyższego biegu – hamulec – redukcja i od nowa to samo. Podziwiamy widok dwóch malowniczych zalewów, aczkolwiek pejzaż z wodą wygląda mniej zachęcająco gdy niebo jest ołowiane i siąpi deszcz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na wieczór dojeżdżamy do bardzo ładnego, dostatnio wyglądającego miasta. Trzyjęzyczna tablica na wjeździe informuje, że jest to Sighisoara, po niemiecku Schliessburg, a po węgiersku nie do wymówienia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jutro podczas zwiedzania starego miasta rozumiemy dlaczego ma opinię najpiekniejszego w Rumunii. Chwile po nas dociera do naszego hoteliku Daniel, który chyba załatwił sobie z Najwyższym asystę osobistego Aniela Stróża. Wyjechał trzy godziny po nas i te około 400 km po górach, w deszczu pokonał tak szybko, że prawie nas dogonił. Lokujemy się w małym hoteliku i suszymy ciuchy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W sąsiednim hotelu oglądamy polski mecz ME. Vis a vis naszego lokum jest warsztat motocyklowy, którego uprzejmy właściciel udostępnia Leżanowi spawarkę, a Jarkowi pożycza kable rozruchowe i obiecuje sprowadzić nazajutrz akumulator. Spaw stelarza Afriki wykonany na Węgrzech nie wytrzymał trudów jazdy po dziurach, bo choć w Rumunii trudno jest je znaleźć Tomkowi się to udaje.

 

IMAG0454

Rano wyruszamy w stronę Mekki motocyklistów Europy Środkowej i Wschodniej, ale popularnej także na Zachodzie, słynnej trasy Transfogarskiej. Wjeżdżamy w rejony trochę biedniejsze, miejscowi mężczyźni noszą tu czarne kapelusze z szerokimi rondami, mijamy też wioski cygańskie. Trafiamy na manewry, czasowo pokrywające się z wielkimi manewrami NATO u nas. Po polach i drogach harcuję wojskowe Hummery, chłopcy w mundurach serdecznie nam machają, my ich pozdrawiamy. Słychać wystrzały jakiś dział, charkot radiostacji, słowem trwa zabawa w wojenkę na całego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Na Transfogarskiej dojeżdżamy do punktu w którym znak zakazu informuje, że powyżej trasa jest jeszcze zamknięta. Koledzy wyruszają jednak dalej, a ja i czterech motocyklistów z Węgier idziemy na kawę. Kiedy po godzinie moi kompani wracają mówią, że faktycznie prawie cała szerokość drogi blokowała lawina śnieżna i tylko Jarek zdecydował się na przejazd tuż nad przepaścią, a z powrotem wypchali go ze śniegu koledzy.

IMAG0499

Transfogarską zdobędą później, kiedy ja już będę wracał do domu. Nocleg znajdujemy w pięknym, starannie zadbanym ośrodku wypoczynkowym u stóp gór. Mamy tam dwa, dwu poziomowe apartamenty na cztery osoby. Za oknem panorama gór i widok na stawy z pstrągami. Dziś tylko Mariusz walnął kufrem swojej Hondy w motor kolegi, no i zgodnie z tradycją najweselszy i najbardziej beztroski z naszej grupy Toopi, ze Śląska wykonał efektowną parkingówę.

Rano Jarek i Daniel wracają do Sighisoara po akumulator, a ja zaczynam powrót. Na dojazd do Świeradowa Zdroju, na zlot klubu motocyklowego BMW preliminuje trzy dni. Nawigacja pokazuje wprawdzie, że jest to tylko nie wiele ponad 1200 km, ale z kilkoma granicami po drodze, z tą najważniejszą, granicą obszaru Schengen na wjeździe do Węgier. Nazajutrz, tylko z miejsca bliższego kraju rusza, też Toopi i tego samego dnia osiąga Śląsk. Reszta eksploruje serpentynowe zagłębie Rumunii, jeździ w te i we wte – jeśli dobrze zrozumiałem opowieści kolegów – Transalpinę i Transfogarską z północy na południe i z powrotem, albo może odwrotnie. W notkach, które mi przekazali znajduję też dwie uwagi w nawiasach („gleba Kuny na parkingu”) i („gleba przed noclegiem”) czyli nic specjalnego się nie działo. Gonitwę po zakrętach uzupełnili wizytą w  zamku Drakuli. Kiedy pokonali 1480 schodów prowadzących do tego zamku, Jarek odczuł nieprzemożną potrzebę odpoczynku horyzontalnego. ponieważ nie było gdzie połozył się na kamieniach. Kamienie podpisały się na jego plecach.

IMAG0580

Chłopcy obejrzeli też tzw. rumuńskiego Sfinksa czyli utwór skalny wyrzeźbiony przez wiatr, zaliczyli trasę off-road (dobrze, że wcześniej wyjechałem), wykąpali się w termach Boile Felix i zajechali do Tokaju po boski trunek, który tam wytwarzają. (Jest zupełnie niezwykły, kiedy się przedawkuje i ma nazajutrz kaca, to największą ochotę ma się właśnie na wino tokaj).

IMAG0596

Dwa dni przed zakończeniem wyprawy – no, chyba rzeczywiście wyprawy sądząc po uszczerbku w sprzęcie – oddziela się od grupy Daniel. Już w Polsce, w górach koło Piwnicznej, na zakręcie 180 stopni, przy pięknej pogodzie, na suchej jezdni łapie uślizg przedniego koła i wywraca się. Podarte spodnie, zeszlifowany kufer, oderwane mocowanie kufra. Ale właściwie nic się nie stało.

A ja rozpocząłem powrót z miejsca 80 km przed Sibiu, autostradą z której musiałem zjechać na 100 km objazd po górskiej pełnej zakrętów i TIR-ów drodze. Na granicy z Węgrami miła niespodzianka, przekraczam ją w 10 minut. Pod Budapesztem jestem więc już o 15 godz, wprawdzie gubię się na rozjazdach autostrady, ale ze stolicy Węgier do Warszawy to tylko krótki spacerek. W domu jestem późną nocą. Na liczniku mojego GS-a przybyło w ciągu tych 6 dni dokładnie 3011 km.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

foto Na wjeździe do Kurska

odcinek 1

Wyruszam żegnany przestrogami, żebym uważał „bo jak oni jeżdżą!” i żebym się nie dał obrabować ani zabić. Niektórzy pukają się w głowę, że jadę samotnie i to tak daleko, aż od Smoleńska po Krym. Faktycznie, uzbierało się w sumie 6736 km. To mój czwarty wyjazd na motorze do Rosji, co prawda pierwszy samotny, więc wiem, że są to wszystko opinie bez pokrycia i jednym z celów tej wycieczki jest właśnie odczarowanie uprzedzeń. Martwię się raczej tym, że rozczaruje kibiców, nie przywiozę żadnych opowieści mrożących krew w żyłach bo będzie to taki sam, tylko dłuższy spacer, jak powiedzmy wypad do Pragi czy Budapesztu. Na „szczęście” wydarzył się mały incydent więc nie wróciłem z całkiem pustym notatnikiem…

Dwa tygodnie wcześniej kończę 77 lat, więc jako motyw podróży wymyślam hasło „Nie przyjmuję starości do wiadomości!”. Zamawiam stosowną nalepkę i oklejam nią motocykl. W Rosji tłumaczyłem to jako „Ignoruję starzenie się”, budziło sympatię.

DSC_1019 (1)

Mińsk czyli największe zaskoczenie (580 km od domu)

Po białoruskiej stronie granicy jakieś drobne zamieszanie. Dwóch mundurowych z psem biegiem leci nad brzeg rzeki, startuje motorówka, personel posterunku obserwuje wydarzenia z mostu. „Czy to była próba przerwania granicy ?”- pytam przystojną wopistkę. „Ja nie skażu”. Ale po niecałej godzinie jestem już odprawiony, w niedziele ruch jest mały.

Na granicy spotykam Wadima, Ukraińca pracującego w Moskwie, wraca na motocyklu z Warszawy od syna, który u nas studiował. Po drodze, chce jeszcze odwiedzić rodzinę na Ukrainie. Uprzedzam go, że znajomi motocykliści z Anglii stracili pięć godzin na przejściu ukraińsko-rosyjskim. „Ee – macha ręką lekceważąco – ja znam przejazdy bokami. Już dwa razy tak wjechałem do Rosji z Ukrainy”

IMG_20160516_121816 (1)

foto Bibloteka Narodowa w Mińsku

Po przekroczeniu granicy w Terespolu opuszczam zatłoczone i wąskie szosy na naszej „zielonej wyspie dobrobytu” – lub do wyboru: „kraju w ruinie” – i wjeżdżam na szerokie aleje Brześcia. Mijam jakieś zakłady o nowoczesnej architekturze i modernistyczne bloki mieszkalne. Całkiem wielkomiejsko i dostatnio. Czysto, schludnie, porządnie. Autostradą z Brześcia do Moskwy pokonuję błyskawicznie ponad 300 km do Mińska. Po obu stronach ogromne pola bardzo starannie uprawione, na moje oko magistra rolnictwa, zbiory zbóż sięgną tu 40-50q/ha.

IMG_20160516_121930

Cóż my wiemy o Mińsku? Ot jakaś podrzędna stolica biednego kraju rządzonego przez ograniczonego dyrektora sowchozu. A tu patrzę i oczom nie wierzę! Blisko dwumilionowa metropolia, z ulicami szerokimi nawet na 100 metrów. Panoramę miasta określają fascynujące kształty tak eleganckich apartamentowców jakby wyszły z pracowni najlepszych architektów świata. Mińsk, przed wojną, która zaczęła się tu w 1941 r, liczył 300 tys. mieszkańców, a w 1944 r, po wyzwoleniu – 50 000. Miasto było doszczętnie zburzone, odbudowano je z rozmachem, na szczęście przyśpieszonym w ostatnich latach, dzięki czemu stalinowski neoklasycyzm przesłoniła nowoczesna architektura.

DSC_1014

 

foto W Brześciu

Dla polskiego turysty nie będzie szokiem jeśli go w zamożnej Europie okradną, tak jak moich znajomych, którym w Hiszpanii, na stacji benzynowej wybito szybę i jeszcze oponę przecięto, żeby nie mogli gonić złodziei. W końcu wszyscy wiedzą, kogo oprócz faktycznych uchodźców z Syrii zaprosiła do Europy Angela Merkel. I wszyscy zdają sobie sprawę, że branżę złodziejską zasilili najlepsi specjaliści z Europy Wschodniej, z bułgarskimi i rumuńskimi Cyganami na czele ( teraz obowiązuje jakaś dwie nazwy tej mniejszości, ale jeszcze ich sobie nie przyswoiłem). Największy szok spotkałby naszego turystę nie na Zachodzie lecz w Mińsku. Tak wielka jest przepaść między tym co się „wie”, a tym co widać.

Wieczorem w hotelu popatruję na telewizor, w którym leci jakiś zupełnie nie poprawny politycznie program o ukraińskich oddziałach SS i wdaje się w rozmowę z bufetową. Ale to chyba jakaś podstawiona agentka służb. Wszyscy przecież wiemy w jak głębokim kryzysie jest ten ten kraj i jak bardzo tęsknią za demokracją uciśnieni Białorusini. A tu baba udaje zadowoloną, opowiada, że rodzina, która ma troje dzieci otrzymuje od państwa mieszkanie. Jak za sowieckich czasów korzysta się z powszechnego lecznictwa, sanatoriów. Emerytury są uczciwie rewaloryzowane i jej 90 -letnia matka, ma emeryturę na poziomie jej pensji  (rewaloryzacja autora wyniosła 0,24 proc.). O dyktatorze wyraża się, że to „dobry chaziaj”, który nic nie sprzedał. „Sami produkujemy wszystko, telewizory, lodówki, autobusy, trolejbusy, a ostatnio nawet wagony do mińskiego metra”.

Smoleńska smuta (946 km od domu)

Na granicy białorusko-rosyjskiej samochody tylko zwalniają. Rosyjski pogranicznik pokazuje, żebym jechał. „Ale ja jestem z Polski!” – pytam z ostrożności. „Paszport u was jest? Wiza jest?”. „Jest!”. „No, to dawaj, dawaj!” – popędza mnie nie żądając dokumentów.

W Smoleńsku przedzieram się przez całe miasto szukając zarezerwowanego hotelu. Później już nie powtórzę tego błędu, będę się zatrzymywał w mijanych otelach lub gostinicach, żadnych zbędnych rezerwacji. Jest godzina szczytu, samochody pędzą slalomem między dziurami, zagłębionymi na 20 cm studzienkami kanalizacyjnymi i innymi przeszkodami naturalnymi. Jak na ironię co chwila stado rozpędzonych maszyn zwalnia z powodu leżących policjantów. O ile istnieją drogi między miastami w Rosji, lepsze lub gorsze, ale są, o tyle ulice w miastach są w skandalicznym stanie, dziura na dziurze! Nawet w dużych miastach tylko przelotowe arterie są zbudowane z asfaltu, w bocznych ulicach asfalt jest w mniejszości, przeważają dziury. Dziękuję Bogu, że jadę maszyną typu podróżne enduro, skonstruowanym właśnie do takich warunków.

Zatrzymuję się na co drugim skrzyżowaniu pytając o drogę. Jakiś młody mężczyzna na rowerze najpierw mi długo i cierpliwie tłumaczy, a potem zapełnia cyrylicą całą kartkę wskazówkami jak dojechać. A żegnając się mówi „Widzisz jaki mamy stosunek do Polaków. My naprawdę nie zabiliśmy waszego prezydenta!”. Nóż otwiera się w kieszeni…

Oczywiście nie jestem w stanie rozczytać jego bazgrołów i za chwilę znów zatrzymuję przechodniów. Nie, nie byłem tak lekkomyślny, żeby wybrać się do Rosji bez nawigacji. Tylko nie umiem jej uruchomić… Dopiero w Kursku podszedł do mnie rosyjski motocyklista, który nazajutrz zaholował mnie do swojego znajomego dilera Germiny i ten ustawił mi sprzęt. A póki co otwieram Goclever Maps w tablecie, w miejscach gdzie jest wi-fi i uczę się drogi na pamięć…

Na noc staję w dość podłym hotelu, przypominający zaniedbany hotel robotniczy. Łazienka i toaleta na korytarzu, wspólne dla mężczyzn i kobiet, prysznic piętro niżej. Nie ma papieru toaletowego, są za to kosze do których się wrzuca zużyte „podtarcie”, żeby nie zapychać kanalizacji. Pocieszeniem jest cena: 500 rubli (1$ = 64 ruble). Dość depresyjnie działa taki hotel, zwłaszcza, że zaczyna lać deszcz. I pada przez większość następnych dni. Statystycznie w maju jest tu średnio 16 dni deszczowych. No dobrze, ale dlaczego wszystkie przypadły w drugiej połowie tego miesiąca, w czasie mojej podróży? Nazajutrz uciekam z miasta, które już kiedyś poznałem i które – poza kilkoma pięknymi widokami z zabytkami nad Dnieprem – robi wrażenie bardzo zaniedbanego. W Onecie trafiam na artykuł o tym grodzie z historią sięgającą IX wieku. Śródtytuły: „Bród i zbrodnie”, „Posępny nastrój”, „Nędza w blasku złota” itd. świadczą, że nie jestem w swoich odczuciach odosobniony…

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress