Tagi Posts tagged with "Rosja"

Rosja

Rosja 2017

Impresje (3) Przez Suwałki do Sewastopola

O mało co dla dwóch motocykli wyprawa na Baik Show Nocnych Wilków w Sewastopolu nie zakończyła się już w Suwałkach. Nasz przewodnik Darek Kaczmarczyk, szef oddziału tego klubu w Polsce, znalazł nam wspaniałą miejscówkę na nocleg w domkach nad jeziorem tuż przy Suwałkach, ale żeby tam dojechać trzeba było pokonać wiele skrzyżowań małych uliczek tej miejscowości. I na jednym z tych skrzyżowań ze złą widocznością zatrzymaliśmy się obok siebie, Marcin z Asią i ja. Marcin był wysunięty trochę do przodu, pierwszy ruszył i po przejechaniu 1-2 metrów przewrócił się prosto pod koła mojego motocykla, który też już wystartował. GS 1200 ma genialne hamulce więc udało mi się go momentalnie zatrzymać… 20 cm przed głową Asi leżącą na jezdni. Dobrze, że nie ma oczu z tyłu głowy, bo by umarła na serce.

FOT. Asia i Marcin na Placu Czerwonym:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wysunąłem nogę do przodu z takim rozmachem, że walnąłem goleniem w silnik boksera i to rozbicie jadziło mi się przez ponad dwa tygodnie mimo codziennej zmiany opatrunku. Dopiero na Kubaniu kupiłem w aptece zasypkę Sandoza i austriacki opatrunek z jonami srebra i po paru dniach rana się zagoiła. Zawracam d…ę swoim goleniem tylko po to, żeby uwiarygodnić informację, że w Rosji apteki (tak jak i sklepy) są nie gorzej zaopatrzone niż w Polsce. Jeśli ktoś się tam wybiera niech pamięta, że jedzie do cywilizowanego kraju europejskiego i nie musi się kompletnie ekwipować jak przy wyprawie na Maternhorn czy Syberię.

FOT. To nie zdjęcie z Paryża lecz z Sewastopolu:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszego dnia na obczyźnie spaliśmy za kilkanaście euro w świetnym hotelu na Łotwie, w ośrodku dla wędkarzy. Właścicielka zorganizowała nam ucztę z świeżo odłowionych pstrągów. Granicę przekroczyliśmy w Narvie w rekordowym czasie 1,5 godziny. Nie powiem złego słowa na biurokrację rosyjską, trzeba tylko pamiętać, żeby nie zgubić takiego małego karteluszka Karty Migracyjnej (kiedyś trzeba było ją stemplować w hotelach) i celnego dokumentu wwozu motocykla.

FOT. Przed słynnym Ermitażem w Sankt Petersburgu urządzono wystawę uzbrojenia z II Wojny Światowej (od lewej – Marcin, Ignac, Ja, statysta w mundurze czerwonoarmisty, Darek, Romek, w kucki Jarek):

Sankt Petersburg, chyba najładniejsze wśród dużych miast Europy, pełne majestatycznych pałaców, cerkwi, klasztorów, muzeów itd. zwiedzałem parę lat temu na zaproszenie największego browaru w Europie Baltica. Jego dystrybutor zamieścił reklamy piw rosyjskich w „Wiadomościach Handlowych” i ozdobił je moim reportażem. Więc nie będę się już powtarzał. Zwróciłem tylko uwagę na nowe osiedla tej 5. milionowej metropolii z imponującymi nowoczesną architekturą drapaczami chmur. Przyjaciel Darka tanio wynajął dla nas duże, świeżo wyremontowane, zaopatrzone w kompletnie wyposażoną kuchnię ze zmywarką i łazienkę z pralką, trzypokojowe mieszkanie w samym centrum Petersburga. W bocznej uliczce, gdzie wbrew stereotypom, w takim sobie stanie były elewacje, natomiast mieszkania gruntownie remontowane. Jako bywalec zaprowadziłem naszą grupkę do Peterhofu, letniej rezydencji Piotra Wielkiego nad morzem, 30 km od założonej przez niego ówczesnej stolicy Rosji. Peterhof słynie z kolekcji fontann zasilanych grawitacyjnie z odległych o 20 km  źródeł, no i oczywiście z imponujących pałaców, złoconych rzeźb i cienistego parku.

Największą atrakcję zapewnił nam Paweł, przyjaciel Darka, szczupły motocyklista pod 40-tkę, który pod wieczór, kiedy ruch już osłabł wziął nas na, stu kilometrową chyba, przejażdżkę w szalonym tempie po ulicach i zaułkach  tego pięknego miasta poprzecinanego dziesiątkami kanałów z setkami mostków i Newą, która jest tu dużo szersza niż Wisła w Warszawie. Godzinę po północy byliśmy świadkami podniesienia ogromnego mostu zwodzonego, na jednej z najważniejszych arterii Petersburga. Widowisko odbywa się co noc, ściąga tysięczne tłumy, reflektory podświetlają konstrukcję mostu, a klasyczna muzyka z megafonów podkreśla wyjątkowość chwili.

FOT. W słynnym, moskiewskim GUM-ie, od lewej Asia, Marcin, Darek, Romek, Ignaś vel Młody i Jarek:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nazajutrz wyruszyliśmy do Moskwy. Na czele Darek na „wodniaku” GS, potem 22 – letni Ignaś, student prawa na dwucylindrowej Hondzie, która z trudem rozpędzała się do 130 km na godzinę, a w drodze powrotnej zaczęła się psuć, dalej Marcin z Asią na GS „olejaku”, ja jechałem na takim samym tylko o rok starszym (rocznik 2006, na trasie 7,5 tys. km zużył niecałe pół litra oleju), przede mną był jeszcze Jarek, który wszystko wszystkim reperował i był niezniszczalnym reprezentantem naszej grupy na nocnych rozmowach z braćmi Słowianami, niekoniecznie przy napojach bezalkoholowych. Jarek startował zawsze później i w szaleńczym tempie, mijając mnie na centymetry, wpasowywał swojego Fazera 1000 w szyk kolumny. Zamykał ją Romek, zawsze w dobrym humorze, którego nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi i który jako jedyny odważył się – ponad dojazdowe minimum – jeździć na motocyklu po Moskwie – w obłędnym tłoku i z samymi wariatami za kierownicą, (którym się na dodatek bardzo śpieszy). W sobotę kiedy jechaliśmy na miejsce zbiórki  w Sextonie, w słynnej siedzibie Nocnych Wilków, żeby dołączyć  do grupy startującej do Sewastopola, ruch na ulicach był już normalny. I reakcje kierowców także mieściły się w ramach kodeksu drogowego. Ale w dzień roboczy Boże Broń „Europejców” przed samodzielną jazdą po Moskwie…

FOT. Przy szosach na północ od Moskwy  często rośnie barszcz Sosnowskiego, jedna z najbardziej niebezpiecznych roślin bo jeden ze składników jego soku łączy się z DNA komórek i powoduje ich obumieranie:

Szosa z Petersburga do Moskwy, poza fragmentami wybudowanej już (płatnej) autostrady jest w dużo gorszym stanie niż szosy prowadzące z Moskwy na wschód, południe, czy zachód. Dotarliśmy więc do stolicy Rosji – ponad 700 km – solidnie zmęczeni i dość późnym wieczorem. Darek przez swoje kontakty załatwił nam tanią i dobrą kwaterę w samym centrum. Okazja zobaczenia przeciętnego mieszkania moskiewskiego. Dwa pokoje, kuchenka, łazienka, mały korytarz, chyba optymalnie rozplanowane 50 mkw.

FOT. Pod murem Kremla w komplecie popiersia wszystkich pierwszych sekretarzy:

 

Zwiedzanie zaczynamy od Placu Czerwonego. Dostajemy się tam taksówką, które w Rosji są  bardzo tanie i szybko przyjeżdżają. Działa tam też Uber, ale inaczej niż u nas – samochody są oznakowane dużym napisem, a firma  funkcjonuje  jak korporacja taksówkarska.

FOT. Protoplasta naszych galerii i centrów handlowych, moskiewski GUM otwarty w 1893 r:

Ze wszystkich zabytków na słynnym placu najbardziej nas zainteresował nie któryś z obiektów sakralnych ale znany na całym świecie GUM czyli galeria handlowa wybudowana w końcu XIX wieku. Protoplasta powstałych w Polsce galerii i centrów handlowych, które jak się okazuje nie są wynalazkiem francuskim. W środku sklepy firmowe najbardziej prestiżowych marek ubrań, torebek czy zegarków eksponowanych w witrynach razem z cenami (najdroższy zegarek kosztował 120 tys. dolarów).

FOT. Wszystkie marki świata:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W popularnym GUM-ie także wystawa poświęcona wielkiej infrastrukturalnej i politycznej inwestycji – mostowi łączącemu Rosję z Krymem. Aktualnie połączenie zapewniają promy przepływające do Kercza w ciągu 20 minut.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem czeka nas wielka atrakcja, wizyta w Sextonie, słynnej siedzibie Nocnych Wilków na peryferiach Moskwy. Klub wykształcił specyficzny i zawsze jednakowy styl  swoich oddziałów w różnych miastach. Na wejściu – akurat zamkniętym bo jakaś firma wynajęła Sexton na swoją imprezę – solidna ozdobna brama i wiele elementów uzbrojenia z czasów II Wojny Światowej.

FOT. My przed bramą Sextonu w Moskwie,  niżej Darek przed bramą siedziby klubu NW w Donbasie:

 

Obowiązkowo rzeźby wilka, symbolu klubu i mnóstwo przedziwnych pojazdów jak z bajek dla dzieci, które zresztą  uwielbiają imprezy organizowane specjalnie dla nich.

W środku setki ton złomu, pordzewiałych konstrukcji pnących się na wiele pięter z podestami służącymi jako sceny dla występów artystów.

Jest tu też restauracja z bardzo dobrym jedzeniem i wykonanymi z wielką troską o każdy szczegół dekoracjami utrzymanymi w stylu bajkowo-militarnym.

FOT.  A to autor, po minie widać, że kolacja była świetna:

Od Moskwy jechaliśmy już w ramach Drogi Pobiedy z przystankami w miejscowościach, które zasłużyły w Wojnie Ojczyźnianej na tytuł Miasta Bohatera. W każdym odbywały się bardzo uroczyste akademie. Jelce, Woroneż, Kamieńsk Szachtyński, Kercz, Sewastopol. Były to dla mnie, dla lepszego zrozumienia Rosjan ważne wydarzenia. Na placach przed pomnikami bohaterów wojny ojczyźnianej odbywały się uroczystości, składano kwiaty przed wiecznym ogniem, były przemówienia. Delegacja ze Smoleńska prezentowała ziemię z pól bitewnych zapakowaną w oryginalne skorupy granatów z czasów napoleońskich. Obecni byli włodarze miast, młodzież z paramilitarnej organizacji Junarmia,  produkowali się miejscowi artyści , asystowali kombatanci II Wojny, bardzo szanowani w Rosji. Było też wielu mieszkańców, no i kilkudziesięciu motocyklistów.

Podczas jednego z takich naprawdę wzruszających spotkań miałem wrażenie, że kiedyś  już w takim wydarzeniu uczestniczyłem. Ależ tak! To przecież jakby kopia Rajdu Katyńskiego. No, z jedną różnicą. My czcimy miejsca polskich tragedii, oni miejsca swoich zwycięstw. I jedne i drugie łączy to samo – hekatomba ofiar i cierpień.

W jednym z apeli poległych przemawiał oficer w mundurze. Przedstawiając go wspomniano, że walczył w Afganistanie.  Darek słusznie zwrócił uwagę, że u nich jest jakaś nieprzerwana ciągłość historii, nie odcinają się od żadnego etapu życia narodu w zależności od aktualnych trendów politycznych. To, tylko my zmieniamy sobie bohaterów po każdym zakręcie politycznym. Za mojego życia jakże zmieniał się wizerunek AK-owców i żołnierzy, którzy nie złożyli broni w 1945 r. W czasie okupacji buńczuczni bohaterzy w stylu Kmicica, w latach 50. „zbrodniarze”, których trzymano w tych samych celach co hitlerowskich zbrodniarzy wojennych, potem ich prawie nie zauważano by ostatnio przywrócić cześć i chwałę jako Żołnierzom Wyklętym….

Humorystyczno-osobisty epizod. Prawie na  każdej uroczystości, kiedy wymieniano kto przyjechał na motocyklach, informacja że z „Polszy” przyjechał biker, który ma „siedemdziesiat’ wosiem let’” budziła żywą reakcję. Nie bardzo rozumiem co w tym dziwnego, ale zaakceptowałem rolę muzealnego eksponatu. Wśród Wilków z Moskwy wypatrzyłem rówieśnika z którym trzymaliśmy się razem. Kola, rzeźbiarz podchodził na postojach i troskliwie pytał czy ja „nie ustał” (czy się nie zmęczyłem) bo upał był pieroński. Kola przyszedł na świat w 1960 r, 21 lat po mnie….

FOT.  Z powodu mojego PESELU,  jadący koło mnie Misza, „stroiciel” domów drewnianych z Moskwy poprosił mnie o wspólną fotografię:

 

Wspólny wyjazd z moskiewskimi Nocnymi Wilkami rozpoczęliśmy od grupowego wjazdu na Pl. Czerwony i niezwykle uroczystego uczczenia pamięci bohaterów Wojny Ojczyźnianej. Z Moskwy kierujemy się na południe, a z każdym kilometrem rośnie słupek rtęci, na Kubaniu sięgnął 38,5 stopni. Ale bardziej od upału dokucza nam tłok, kto żyw jedzie z północy nad Morze Czarne. Przejazd przez miasta w obowiązkowym, gęstym korku. Organizatorzy zapewniają nam noclegi, czasem jest to ośrodek wypoczynkowy za który płacimy (30 zł), a czasem bezpłatny jak w byłym obozie pionierów. Przez Jelce i Woroneż dojeżdżamy do Kamieńska Szachtyńskiego. W każdym z tych miast, które mają tytuł miast-bohaterów witają nas ich gospodarze, mieszkańcy, organizacje społeczne i bierzemy udział w akademiach dla uczczenia ofiar wojny.

Kamieńsk Szachtyński zapamiętałem jako 80-tysięczne miasteczko, które w czasie wojny straciło 50 000 swoich mieszkańców. I jako miasto w którym jest specjalny hotel dla motocyklistów, a  klub dla moto bikerów słynie z oryginalnych eksponatów.

Z Kamieńska tylko krok do Doniecka i Ługańska, dwóch rejonów wschodniej Ukrainy, które się zbuntowały przeciwko władzy w Kijowie. Zamieszkuje je ludność sympatyzująca z Rosją, deklarująca rosyjski jako język ojczysty. Państwo ukraińskie walczy z secesją przy pomocy swojego wojska i – nie wiem, czy nie w większym stopniu – oddziałów ochotniczych (Azow) składających się ze zwolenników Stefana Bandery i tradycji UPA. Podczas naszej obecności w Rosji Donbas był znów ostrzelany z dział, choć tej broni – na podstawie ustaleń mińskich – nie powinno tam być. W Mińsku uzgodniono, że Ukraina odzyska kontrolę nad granicą z Rosją, a na terenie oddolnie ogłoszonych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych odbędą się wybory do lokalnych samorządów. Klucz tkwi w tym co powinno nastąpić jako pierwsze i tu poglądy obu stron są diametralnie przeciwne. Co ciekawe mieszkańcy Donbasu w swej większości wcale nie marzą o wejściu w skład Federacji Rosyjskiej. Z badań sondażowych cytowanych przez „Frankfurter Allgemeine Zeitung” wynika, że tylko 11 proc. mieszkańców chciałoby, żeby Donbas stał się normalną częścią Federacji Rosyjskiej. Jeszcze mniejszy jest odsetek, tych którzy chcieliby, żeby Donbas stał się zwykłą częścią państwa ukraińskiego. Najwięcej jest zwolenników specjalnego statusu tego regionu albo w składzie Ukrainy (35 proc.) albo Rosji (33 proc.).

Kiedy okazało się, że Nocne Wilki odwiedzą oddział swojego klubu w Donbasie oczywiście zgłosiłem akces do tego wyjazdu. Dobrze byłoby zobaczyć na własne oczy co się dzieje w rejonie, który decyduje o stosunkach Zachodu z Rosją.

Na granicy z Donbasem

Z Kamieńska do granicy dojechaliśmy sielskim i pokojowym krajobrazem południowego pogranicza Rosji i Ukrainy. Nie spotkaliśmy ani jednej ciężarówki wojskowej czy innego śladu obecności wojsk. Wbrew oczekiwaniu przejście graniczne  do Ługańska okazało się normalnym odcinkiem rosyjskiej granicy. Oczekiwałem, że  praktycznie Donbas nie jest oddzielony od Rosji. Nic bardziej mylnego. Kolejki samochodów osobowych i autobusów przy budkach służb, pogranicznicy kontrolują paszporty, celnicy sprawdzają bagaże. Jakiś znużony pasażer autobusu podchodzi do naszej kolorowej grupy i zmęczonym głosem pyta : – Po co wy tam jedziecie? Co chcecie zobaczyć? Tam jest wojna. Trochę głupio mi się robi… Na pamiątkę daje mi niebiesko-granatowo-czerwoną wstążkę Ługańskiej Republiki Ludowej. Zastanawiam się jak umundurowane są służby ŁRL, kiedy podchodzi rosyjski pogranicznik i mówi, że jeśli zdecydujemy się wjechać do Ługańska to już nas nie wpuszczą z powrotem do Rosji, bo nasze wizy są jednorazowe i nie będą „valid”. Bądź zdrów młody żołnierzu, ale mielibyśmy kłopot…

Okazuje się jednak, że już odprawiono nasze motocykle i deklaracje wwozowe zostały anulowane. Każą nam wypisać od nowa celny dokument wwozowy. Zgodnie z prawdą w rubryce „Skąd” wpisujemy „Estonia”. Źle! Wypełniamy formularz jeszcze raz. Ma być dzisiejsza data, a w rubryce kraj z którego wjeżdżamy mamy wpisać „Ukraina”. No i niech mi ktoś teraz powie, że Rosja nie respektuje integralności państwa ukraińskiego…

Nie wjechawszy do Donbasu zyskujemy parę dni przewagi nad resztą grupy i spędzamy je nad Morzem Azowskim, blisko przeprawy promowej na Krym w miejscowości wczasowej Gołubitskaja. Trafiamy tam za pośrednictwem Światosława, smoleńskiego współbiesiadnika Jarka, który umówił się z nim w określonym punkcie mapy i kilka godzin czekał na nas do nocy przed centrum informacyjnym. Koleżeński gość. Do późnej nocy przy głównej ulicy stoją samochody pośredników oferujących noclegi.

FOT. Nasze lokum w Gołubitskaja nad Morzem Azowskim:

Światosław załatwił nam wygodne pokoje z łazienkami, tv i klimą za 60zł, z dobrze wyposażoną wspólną kuchnią, 200 m od morza. Ciepłego, przyjaznego, bez prądów ale z wodą niezbyt przeźroczystą i dość wąską plażą. Jak się unormują stosunki między naszymi sąsiadami chętnie polecę tam znowu. Pełny luz, urlopowicze spacerują w kąpielówkach po głównej ulicy, mężczyźni z obnażonymi torsami robią zakupy w sklepach, siedzą w knajpkach. Nikt się nie przejmuje jak wygląda i czy ma modne okulary. Ani śladu jakiegoś szpanu.

FOT. Promy kursują często, ale zawsze wypełnione do ostatniego miejsca:

Krym jest teraz niby normalną częścią Rosji, ale nie do końca. Sprzedaż biletu  na prom połączona jest z odprawą paszportową, wjazd i wyjazd kontrolowany jest przez służby celne. Wjeżdżając do Kercza zauważam zmiany, w zeszłym roku w maju jechałem drogą  standardu ukraińskiego (dziury przedzielone skrawkami asfaltu) teraz w sierpniu szosa jest gładka jak stół, a od powstającego Mostu Krymskiego zaczyna się budowa autostrady.

Pierwszą noc spędzamy w małym miasteczku koło Jałty. Lądujemy na rynku w środku nocy i po długich pertraktacjach rodzina azerska polująca jeszcze na gości zabiera nas do siebie. Jedziemy za ich skuterkiem po uliczkach tak poskręcanych, pełnych zaułków i ślepych wjazdów, że nie możliwe byłoby trafić na własną rękę, choć w linii powietrznej było to ze 200 m. Po tym można poznać nie europejskie korzenie miast krymskich. Nazajutrz, na dojazd do parkingu bierzemy taksówkę.

FOT. Widok na zatokę w Sewastopolu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na zwiedzanie Sewastopolu mam tylko kilka godzin. Latam z aparatem i trzaskam zdjęcia. Andriej namówił mnie na przyjazd na centralny plac tego pięknego miasta, gdzie Nocne Wilki zorganizowały spotkanie z „braćmi” z różnych krajów. Jako najstarszy uczestnik wyjazdu mówię parę zdań, że przyjechałem z Polski, że chcę zrozumieć Rosję, że poznałem tu wielu wspaniałych ludzi i że już wiem skąd się bierze wielkość Rosji, że nie przez obszar, a przez ludzi.

FOT. Estetyka niektórych pomników jest kontrowersyjna, ale nastroje patriotyczne bardzo szczere:

FOT. Górski krajobraz Krymu nad Morzem Czarnym i płaska równina w środku półwyspu

Wracam sam, na nawigację. Jadę nie górskim wybrzeżem, ale przez płaski środek półwyspu. Germina wprowadziła mnie trochę w błąd i skierowała na jakąś bardzo boczną drogę, ledwie zdążam na ostatni prom. Ale to nic w stosunku do tego co mnie spotkało nazajutrz. Nawigacja poprowadziła mnie  jakąś drogą z betonowych, pokruszonych płyt do śródpolnej drogi wysypanej grubymi, luźnymi kamieniami. W koło żywej duszy, ogromne przestrzenie ponumerowanych pól, modliłem się, żeby się nie wypieprzyć. W rezultacie do Rostowa dotarłem w nocy. Przed miastem stało auto z wyświetlanym napisem Hotel, ale 1500 rubli (90 zł) wydało mi się zdzierstwem i pognałem dalej, aż utknąłem w korku. Kiedy wreszcie zobaczyłem napis Motel ucieszyłem się jakbym trafił do ziemi obiecanej. Faktycznie wypocząłem, ale za 3000 rubli plus 400 rubli za karę, że jestem inostrańcem.

Nie dojeżdżając do Woroneża zjeżdżam z głównego szlaku na boczną szosę do Belogradu, świetnej jakości, a pustą. Z rzeczy wartych wspomnienia mogę tylko wymienić pożar stepu i „diewoczki” ze stacji benzynowej walczące z żywiołem. Robi się coraz chłodniej, nazajutrz deszcz i 13 stopni.

FOT. Pożar stepu przed Woroneżem

Jak wiadomo Rosja ograniczyła przejścia graniczne dla obywateli UE do przejścia na Homel. Ale nie jest to wielkie utrudnienie jeśli korzysta się ze świetnej i pustej autostrady Homel – Mińsk.  Z granicy rosyjsko-białoruskiej przed Homlem, granicy nie pilnowanej, której się nawet nie zauważa, do przejścia w Brześciu jedzie się najwyżej 10 godzin. Łącznie z obowiązkowym błądzeniem po Brześciu bo w mieście droga do przejścia jest bardzo oszczędnie oznakowana.

Teatr na przejsciu w Terespolu

I kiedy człowiek czuje się już jedną nogą w domu trafia  na „meksyk” na granicy. Wpadam na jakąś długą, zbitą kolejkę pojazdów stojących na bezdrożu za barierką. I dzieje się coś nieprawdopodobnego. Kolejkowicze zachęcają mnie, żebym pojechał bokiem, cofają lub podjeżdżają po kilkadziesiąt centymetrów żeby zrobić mi miejsce i serdecznie doradzają jak dotrzeć do szlabanu. Takiej życzliwości ze strony rodaków bym się nie spodziewał. Później zrozumiałem, że tu wszyscy się znają, spotykają się parę razy w tygodniu i obowiązkowy postój traktują jak spotkanie towarzyskie. Panuje atmosfera pikniku.

Ale kiedy już podałem pani zawiadującej szlabanem dowód rejestracyjny i już widziałem się na kolacji w domu, zostaje zarejestrowany i ustawiony na wielkim placu, gdzie w dziewięciu rzędach stoją auta, a ich właściciele wpatrują się w wielki ekran na którym co 20-30 minut wyświetlają się numery rejestracyjne kilku samochodów, które mogą jechać dalej. W ciągu paru godzin oczekiwania na wyświetlenie się mojego numeru zawieram znajomości. Pewien starszy mieszkaniec  nieodległej Białej Podlaskiej namawia mnie, żebym pojechał 30 km do następnego przejścia, gdzie prawie nie ma kolejek, a jeszcze lepiej 80 km dalej, gdzie jest nowoczesne przejście na którym w ogóle się nie czeka. Spytałem więc logicznie czemu sam tam nie jedzie. Uśmiechnął się z politowaniem i wyjaśnił, że „obcego tak by tam przetrzepali, żeby się z rozumem nie pozbierał, a tu wszyscy się już od wielu lat znamy”. Tu trzeba dodać, że poza jednym jedynym dziwakiem, który jechał dla przyjemności, wszyscy pozostali to osoby zawodowo trudniące się drobnym przemytem. Głównie papierosami (zarobek 40 zł na pakiecie), alkoholem i benzyną.

Mój numer na ekranie! Jadę pod następny szlaban, teraz już na granicy. I znów nic się nie dzieje. Służby białoruskie załatwiły kilka samochodów, ale one nadal stoją na przejściu nie mogąc jechać dalej bo tam zaczyna się tłum aut czekających  na dużym placu aż zrobi się miejsce po polskiej stronie. Kiedy po dalszych dwóch godzinach znajduję się wreszcie po drugiej stronie Bugu ze zdumieniem obserwuje jak wolno, jak ślamazarnie pracują polskie służby. Białoruscy nie należą do stachanowców, ale nasi uprawiają chyba jakiś strajk włoski. To jakiś teatr z tą odprawą, celnicy od czasu do czasu zajrzą do jakiegoś bagażnika, ale na ogół ograniczają się do przyjęcia ustnej deklaracji. Wszyscy tu doskonale wiedzą, że każdy jest tu tylko po to, żeby zarobić na przemycie towarów z akcyzą.   I wszyscy grają swoje role,  przemytnicy udają niewiniątka, służby, że walczą z przemytem.

W Brześciu byłem o godz 15, do domu w Nadarzynie, 200 km dalej, dotarłem o  24 godz.

pawelkapuscinski.pl

 

 

 

 

Rosja 2017

Impresje (1), ostrzeżenie dla kierowców

Zwracam się do tych, którzy czytali relacje z mojej zeszłorocznej podróży od Smoleńska po Krym, a w nich peany na temat bezpieczeństwa na drogach tego kraju. Puśćcie to w niepamięć. Moje tegoroczne wrażenia są diametralnie przeciwne. Na szosach, a już zwłaszcza w miastach trwa tam bezwzględny boj o każdy metr do przodu. Blachy i plastiki  fruwają w powietrzu, a stojące na jezdni samochody dopiero co uszkodzone w stłuczkach są stałym elementem krajobrazu komunikacyjnego. Nie wiem co się stało, nie rozumiem tego. W ubiegłym roku, w drugiej połowie maja w Rosji przybyło na liczniku mojego GS 1200 w sumie 6700 km , a spotkałem tylko jedna, jedyna kolizję, na głównej ulicy  Woroneża i  widziałem jeden TIR w rowie. W tym roku w sierpniu przejechaliśmy Drogami Pobiedy podobną, nieco tylko dłuższą  trasę od Sankt Petersburga do Sewastopola, w sumie 7500 km, a widziałem dziesiątki, jeśli nie setki stłuczek i kilka poważniejszych wypadków, z dachowaniem czy ze zmasakrowanym motocyklem w na poboczu szosy. Skąd taka dramatyczna zmiana? Może to pora roku spowodowała wzrost agresji i zniecierpliwienia kierowców. W zeszłym roku w maju było chłodno, w tym roku w sierpniu upalnie, najwyższą temperaturę pokazał mi komputer na Kubaniu: 38,5 stopni. A może to sezon urlopowy zadziałał, kto żyw śpieszył na południe, nie zwracając specjalnie uwagi na innych. Czyli jazda stylem moskiewskim.

Mówiłem dotychczas o Rosji, bo Moskwa stanowi odrębny przypadek. To jakby wyższa szkoła poruszania się w chaosie ulicznym. W tym jednym z największych miast na świecie (12 mln mieszkańców w 2012 r., w NY było 8 mln)  na metr kwadratowy jezdni przypada  z pięć samochodów i każdy w tym samym momencie chce go zająć. Przepisy drogowe są – z wyjątkiem czerwonych świateł – traktowane jako pewna wskazówka, a nie wymóg. Pierwszeństwo  przejazdu  przysługuje temu, kto szybciej dojrzy jakąś lukę w korku i błyskawicznie się w nią wciśnie, a nie do tego kto np. jedzie ulicą z pierwszeństwem. I nie może być inaczej bo ci z podporządkowanych ulic staliby po prostu godzinami albo w ogóle nie ruszyliby z miejsca. Kierowcy z bocznych ulic muszą podjąć ryzyko i zrobić szarże na kolumnę samochodów przesuwających się główna ulicą.  A do tego te odległości, wjechawszy  do stolicy Rosji z Sankt  Petersburga przez prawie 40 km jechaliśmy do centrum ścisłą miejską zabudową.

Nie ma pory dnia w której Moskwa byłaby przejezdna, tłok i zbite korki występują całą dobę na okrągło. Późnym wieczorem dżentelmen w luksusowej limuzynie BMW z komórką w ręku wyjechał z bocznej uliczki prosto na motocykl prowadzącego nasza grupkę sześciu motocykli Darka, szefa polskiego oddziału Nocnych Wilków, który po Rosji i po Moskwie jeździł motorem nie jeden raz. Poza otarciem lakieru nic się nie stało, ale ulice Moskwy są dosłownie usiane stojącymi samochodami świeżo po kolizji, w których nie raz bierze udział po kilku kierowców.  W centrum są ulice, gdzie w polu widzenia, na dystansie paruset metrów  stoi kilka ofiar stłuczek.

Moja dusza anarchisty nawet by pochwalała moskiewskie olewanie zasad kodeksu drogowego gdyby nie skutki,  te dziesiątki czy raczej setki stłuczek i wypadków dziennie. Tu od razu dodam, ze o ile wzajemnie wobec siebie  kierowcy moskiewscy są bezwzględni to wobec pieszych zachowują sie z większą kurtuazją niż kierowcy polscy. Nie widziałem, żeby jakieś auto  „pośpieszało” przechodnia na pasach, czy przejechało na żółtym świetle. Nawiasem mówiąc jak w większości nowoczesnych krajów sygnalizacja mruga tam przed zmiana świateł, a przedtem pokazuje ile jeszcze sekund trwać będzie aktualny kolor.

Moskwa to specyficzny „ekosystem”, a moskwiczanie to specyficzny rodzaj ludzi. Opisywałem jak w Rosji nie mogłem zejść z motocykla, żeby na poboczu szosy czy przystanku autobusowym trochę odpocząć. Natychmiast ktoś się zatrzymywał i troskliwie dopytywał „wsio normalno?”. A kiedy w Smoleńsku spytałem o drogę  rowerzystę, ten wyjął z plecaka zeszyt i pół godziny  rysował i wyjaśniał mi jak mam jechać. Natomiast w Moskwie kiedy chcesz zapytać o coś przechodnia ten udaje, ze cię nie zauważa, mija cię z wzrokiem utkwionym w daleki horyzont i dopiero kilka  kroków dalej zatrzyma się i ewentualnie odwróci . Ten sposób komunikacji z obcą osobą doświadczyłem na ulicach Moskwy kilkanaście razy.

Na Krymie pewnej młodziutkiej dziewczynie, która mieszka w Symferopolu przyznałem się, że nie podoba mi się stolica Krymu , w przeciwieństwie do np. Moskwy czy Sewastopolu.  A ona odparła, „no w Maskwie zywiut plochije ludi”. Po ulicznych doświadczeniach w stolicy Rosji domyślam się o co jej chodziło.

Szosy w Rosji są dobre, ale co z tego kiedy przed wjazdem do każdego miasta na dwóch pasach jadą, a częściej  stoję trzy rzędy samochodów, a ci co się nie zmieścili  na jezdni, włączając pas bezpieczeństwa, nierzadko rwą do przodu wyjeżdżonym szlakiem przez kartoflisko za rowem. Jeśli jeszcze się trafi jakiś remoncik to przez kilku kilometrowy korek poruszasz się skokami po pięć metrów. Jak łatwo obliczyć na dystansie kilometra motocyklista ściska klamkę sprzęgła 200 razy. Przedramie mdlało mi od tego wysiłku, dłoń wykręcały skurcze. To się skończy  za kilka lat bo w wielu miejscach widać prowadzone z wielkim  rozmachem budowy autostrad. Na razie, przed korkami na głównych szosach radzę uciekać w boczne drogi omijające większe miasta.

Ale to nie znaczy, ze jazda na motocyklu w Rosji nie sprawia człowiekowi  frajdy. Nigdzie, w żadnym europejskim kraju nie czułem się na motorze tak wolny. Czy to za sprawa bezkresnych stepów po horyzont i tego nieboskłonu, którego jest jakby więcej niż w krajach gdzie niebo zasłaniają drzewa, lasy, góry czy domy i osiedla. A może to poczucie swobody wynika stąd, że rosyjska policja nie interesuje się motocyklistami… Na całej trasie widziałem tylko dwa przenośne fotoradary. Bikerzy cieszą się też sympatią przechodniów i kierowców,  którzy grzecznie robią miejsce dla motoru wyprzedzającego kolumnę na trzeciego czy jadącego na czołowe spotkanie z pojazdem jadącym z przeciwka.  W miastach jeździ się w kaskach, w czapkach, w chustach, czy z gołą głową.  Jak komu pasuje. Kiedyś było  w obiegu takie powiedzonko „Musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce”. W przypadku jazdy na motocyklu ono się całkowicie zdezaktualizowało. W żadnym kraju nie czuję się na motorze tak kontrolowany, tak na cenzurowanym, prawie jak przestępca – jak w Polsce.  (Może w Niemczech jest nie mniej stróżów prawa, ale tam nakazy i zakazy, ograniczenia i limity są rozsądniejsze, bardziej uzasadnione i  przez to dostosowanie się do nich jest mniej uciążliwe niż wtedy, kiedy decyduje o nich bezmyślny i złośliwy urzędnik). W Polsce trzeba cały czas wypatrywać patroli i zasadzek na kierowców jakby kraj był okupowany przez wroga. (W całej trasie 7,5 tys km, pierwszy i ostatni mandat zapłaciłem dopiero  na Bialorusi, jadąc z bezpieczna szybkością 120 km/godz, ale jakiś tamtejszy bezmózgowiec uznał, że na tym łagodnym luku drogi trzeba zwolnic do 80 km/godz.).

Na motorze zawsze wożę proporczyk biało-czerwony. Przyznam się, że wjeżdżając do Rosji zastanawiałem się czy antyrosyjskie fobie i działania naszego rządu nie spowodują jakiś niechętnych reakcji Rosjan wobec polskiego motocyklisty. Całkowicie płonne obawy. Na stacjach benzynowych kierowcy odnosili się bardzo sympatycznie, przepuszczali w kolejce, upewniali się czy jadę „z Polszy”, pytali ile kilometrów przejechałem. I zadziwiająco dużo osób opowiadało , że dziadek czy babcia ma polskie pochodzenie, albo że pracowali w Polsce. Dużo więcej nas łączy niż nam się wydaje…

Wspomniałem o stacji benzynowej. Nadal obowiązuje w tym kraju nieracjonalna procedura tankowania. Najpierw czeka się w kolejce do dystrybutora, potem wsadza  pistolet do baku i staje w kolejce do kasy, a po zatankowaniu przeważnie ponownie staje w kolejce, żeby dopłacić lub wziąć resztę. Jedynym pocieszeniem jest to, że w Rosji benzyna jest świetnej jakości i prawie o połowę tańsza niż u nas.

Nie mogę się doczekać, kiedy w Rosji będzie można normalnie tankować. Nie chodzi o to, że trwa to 25 minut zamiast 5 minut. Chodzi o to, że jest to wyrazisty objaw nieufności wobec klienta (i personelu stacji). Kiedy normalnie zatankuję w Rosji ,  poczuję, że jestem w normalnym obywatelskim kraju europejskim (niezależnie od tego czy na Placu Czerwonym będzie już można organizować parady równości czy nadal nie). Przyjaciółka, która zna Moskwę z czasów ZSRR opowiada, że wtedy w sklepie stało się w kolejce, żeby kupić np. ser, ekspedientka odważała go, pakowała, ale nie podawała klientce, żeby za niego zapłacił w kasie, lecz kwitek do kasy. Zakup otrzymywało się dopiero po ponownym odstaniu w kolejce i okazaniu dowodu zapłaty.  Teraz sklepy – nawiasem mówiąc nie gorzej zaopatrzone niż w Polsce – obsługują klientów normalnie. Trzeba wierzyć w progres…

 

Większa grupa motorów ma w Rosji status pojazdu uprzywilejowanego. Kiedy taka grupa zajeżdża na punkt poboru opłat na płatnej autostradzie, zaczynają tam obowiązywać specjalne zasady. Całkiem legalnie za jednym otwarciem szlabanu przejeżdża jedna para motocykli, ale zwykle rzuca się za nimi jeszcze kilku. Ostatni dostają szlabanem po kasku, lub go demontują, co dwa razy przydarzyło się też niżej podpisanemu na autostradzie z Moskwy do Woroneża. Trzeba jednak dodać, ze zarządcy autostradami wzięli sobie do serca potrzeby motocyklistów i robią szlabany  z lekkiego materiału i  lekko je przymocowują. Innym sposobem  rosyjskich bikerów na bezkosztowe pokonywanie bramek  polega na bliskim trzymaniu się za tyłem TIR-a przejeżdżającego przez punkt poboru opłat . Zanim szlaban opadnie, za ciężarówka zdąży przejechać kilka motorów. Ostatni czasem jak wyżej…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rosja 2017 – Impresje (2)

Baik Show w Sewastopolu

W sierpniu przez całą Rosję ciągnęły grupy motocyklistów na Krym, gdzie pod Sewastopolem odbywał się słynny festiwal Biker Show organizowany przez klub Nocnych Wilków. Z Moskwy wyruszyła grupa członków tego klubu (i zaproszonych gości, w tym sześciu z Polski m.in. niżej podpisany oraz szef oddziału NW w Polsce Darek Kaczmarczyk). Po drodze, do grupy z Moskwy dołączały Nocne Wilki i Nocne Wilczyce z krajów w których są oddziały tego klubu – ze Słowacji, Czech, Niemiec, a nawet z Nowego Jorku. Przejazd przez pół Rosji miał charakter rajdu Drogami Pobiedy z przystankami w kilku miastach, które się szczególnie zasłużyły w czasie Wojny Ojczyźnianej czyli II Wojny Światowej. Rajd Drogami Zwycięstw i uroczystości w Miastach-Bohaterach zrobiły na mnie ogromne wrażenie i napiszę o tym oddzielnie.

Foto: budynek administracyjny nieczynnej  kopalni kruszywa, zamieniony na biuro organizatorów Baik Show

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Na imprezę pod Sewastopolem przyjechały nie tylko Nocne Wilki, łatwo rozpoznawalni w swych klubowych kamizelkach jak w zbrojach ze skóry o grubości przedwojennych zelówek, ale tysiące niezrzeszonych miłośników jednośladów. Za 500 rubli (100 rb = 6 zł) na ogromny teren nieczynnego kamieniołomu wchodzili też „cywile” pozostawiający swoje samochody na szosie wiele kilometrów w stronę słynnego Sewastopola i nie mniej znanej Jałty.

Foto: NW namiętnie zbierają eksponaty z czasów Wojny Ojczyźnianej, tu skład półciężarówek ZIS Piat’ dzięki której Rosjanie dojechali do Berlina, a ja 10 czerwca 1958 r. zdałem zawodowe prawo jazdy III kategorii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Otoczeniu nadano charakterystyczny design wzorowany na moskiewskiej siedzibie klubu – Sexton i powielany we wszystkich oddziałach NW. Składa się z akcentów wojennych, czołgi, samoloty, ciężarówki z II Wojny Światowej – tradycje patriotyczne są w tym klubie żywiołowo pielęgnowane – i genialnie przekształconych w arcydzieło estetyczne tysięcy ton złomu. Sceny umieszczono na różnych poziomach wielkich zardzewiałych konstrukcji byłej kopalni kruszywa z galeriami i jakby mostami, które kiedyś były zapewne taśmociągami i wznoszą się na sto kilkadziesiąt metrów do góry. Utworzono tu też podesty skąd szybowali motocykliści w szalonych skokach nad wielką sceną i lądujący w ścianie ognia. A z boku przed sceną stała naturalnej wielkości makieta małego domku z rozświetlonymi oknami z firankami. Coś mi przypominała… ależ tak, tak wyglądał przecież pierwszy dom Piotra Wielkiego w Sankt Petersburgu, mieście które zbudował na początku XVIII wieku na bagnach ujścia Newy do Bałtyku. Motywem przewodnim festiwalu była bowiem historia Rusi od czasów najdawniejszych po współczesne.

Foto: przejazdowi pociągu towarzyszył komentarz na temat zsyłek na Sybir. Lokomotywa zasłania makietę domku, który był pierwszym lokum Piotra Wielkiego

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W estetycznej narracji NW są też pewne elementy – nie wiem jak je określić – zmierzchu bogów, zniszczenia, katastrofy. Może chodzi o nawiązanie do hekatomby strat Rosji w wojnie z hitlerowskimi Niemcami. Zaraz za wejściem na teren festiwalu stoi wielki blok, ruina siedziby  administracji kopalni, część budowli z oknami nawet bez futryn, a w części z pomieszczeniami gdzie były szyby i nawet elektryczne światło i gdzie urzędowali organizatorzy. Jak wygląda budynek w środku można sobie wyobrazić, nasz kolega Romek wpadł tam w dziurę w betonowej posadce i wrócił do kraju (na motocyklu) ze stopą w gipsie.

Walka z  glinią

Foto: glina, normalnie przekleństwo motocyklistów tu była powodem do zabawy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Teren kamieniołomu to wielka niecka o średnicy kilometra na dnie której  motocykliści rozbili namioty, stanęły przenośne pawilony gastronomiczne, stragany, urządzenia sanitarne. Tu też wznosi się konstrukcja urządzeń produkcyjnych zamienionych na kilka scen wznoszących się jedna nad drugą. Obok jezioro z pyszną, czyściutką wodą, gdzie z przyjemnością się pławiliśmy bo temperatura na Krymie 18 sierpnia przekraczała 35 stopni. Ale pogoda zaczęła się psuć, spadł najpierw lekki deszczyk,  potem zaczęło padać, a w końcu nastąpiło oberwanie chmury i ulewa zakończyła się tuż przed rozpoczęciem występów.

Foto: Na samym dnie wyrobiska jeziorko z przeczystą wodą

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na dnie przybywało kałuż, które zamieniły wszech obecną glinę w ślizgawkę tak śliską, że trudno było się utrzymać na nogach. Usiadłem sobie na zboczu, naprzeciwko kilku dużych kałuż i obserwowałem zmagania motocyklistów z gliną. Co trzeci padał. Jedni, ci na ścigaczach, chcieli ślizgawkę przejechać z rozpędu, ci padali w najgłębsze błoto. Inni szurali nogami do momentu kiedy stopy przestały mieć oparcie i też lądowali w glinie. Nieźle szło metodą na listonosza czyli z przebieraniem nogami, ale tak da się jechać na lekkich motocyklach, tymczasem rosyjscy, bikerzy preferują ciężkie motory a la Harley, najchętniej tej właśnie marki. Mistrzowie jazdy terenowej przejeżdżali błoto nawet z partnerkami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ludzi było coraz więcej, wielu w odświętnych nastrojach. Kilka metrów wyżej niż siedziałem szła droga od sceny do wejścia, która zaczynała się kamienistym szutrem wprowadzającym naiwnych w błąd, bo dalej była już normalna ślizgawka. Zobaczyłem nowiutką Yamahę, która powoził biker w bardzo świątecznym nastroju i takimż stroju – w klapkach, w gimnastiorce, z gołą głową i w krótkich spodenkach. Wywalił się oczywiście, co było w tym miejscu nieuniknione. Pośpieszyłem z pomocą, z trudem postawiliśmy maszynę bo opony odjeżdżały nie stawiając oporu. Kiedy udało się wreszcie wypchać motocykl na brzeg drogi, biker go trzymał i kiwał się przy tym jakby szalał huragan.  Był bowiem w sztok pijany.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Parę minut później nadjechał jakiś samochód terenowy, który też się poślizgnął. Wpadł na motocykl, przewrócił go, tylnym kołem przejechał po zadupku, łamiąc go. Wyskoczył kierowca, pomógł postawić motor, rzucił „Niczewo” i odjechał.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pijany wyrzucił odłamany plastik w krzaki, jakoś dosiadł motoru i zaczął przemieszczać  się w stronę odległego o paręset metrów wyjścia. Natknąłem się na niego 100 m dalej jak odpoczywał po kolejnym upadku. Zobaczyłemłem go jeszcze raz, pod daszkiem budynku administracyjnego gdzie schroniłem się przed burzą. Coś tam bełkocąc opowiadał wszystkim – choć nikt nie zwracał na niego uwagi – a potem wsiadł na swój pokiereszowany motor, podjechał pod bramę i wkrótce znikł w kierunku Sewastopola. Czy spotkałem go jeszcze raz? Kiedy o 3 rano w ścianie deszczu wracaliśmy do hotelu minęliśmy miejsce wypadku,  jakiś zmasakrowany motor i Ładę w rowie. Ale wyglądało to raczej jakby motocyklista wyprzedzał na pasie pod prąd. Wśród rosyjskich bikerów jest to powszechnie stosowany sposób na korki. Później się dowiedziałem, że na wracających z Sewastopola Nocnego Wilka z żoną wpadł TIR. Oboje zginęli.

Wodoodporni

Kiedy rozpętała się burza i zaczął lać deszcz, ze zdumieniem – stojąc pod daszkiem -przyglądałem się lokalsom. Chodzili jakby nic się nie działo, nawet kroku nie przyśpieszyli. „Ruscy” to twardy naród…

W pewnym momencie pod budynek na dużym, czarnym choperze bez tablicy rejestracyjnej i w otoczeniu asysty podjechał Chirurg. Wszyscy się rzucili robić zdjęcia, ale z respektem,  pewnego dystansu. Zostałem obdarzony sympatycznym porozumiewawczym uśmiechem, bo jako jeden z nielicznych robiłem zdjęcie celebrycie a nie selfie żeby się dowartościować bliskością tej bardzo znaną i popularnej osobistości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaopatrzeni przez nieocenionego Andrieja w VIP-owskie karty wstępu zaczęliśmy schodzić w dół  kotliny w której stała scena. Tylko przez chwilę próbowaliśmy omijać kałuże, a potem pogodziliśmy się z przemoknięciem butów. A to był dopiero początek. Wlewające się ze zboczy strumienie wody przekształciły gliniaste podłoże dna niecki w śliskie błoto powyżej kostek, z dużymi oczkami kałuż wielkości małego stawu. Ludzie ślizgali się, padali, wzajemnie się podtrzymywali, ale ponieważ było nadal bardzo ciepło i panował świetny nastrój rozgrzewany muzyką na żywo, wszyscy to przedzieranie się przez błoto traktowali jako jeszcze jedną przygodę i niecodzienną zabawę. Większość była w klapkach, a ci którzy je postradali gdzieś w błocie chodzili boso. Nad ranem wróciwszy do hotelu odklejaliśmy z błota buty i spodnie po kolana.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A potem zaczął się właściwy baik show. Będę musiał dołączyć parę minut video bo tego się nie da opowiedzieć. W huku petard, w tumanach dymu i strzelających w górę gejzerów ognia na wszystkich scenach równocześnie coś się działo się. Oj działo się. Na scenę wjeżdżały makiety samolotów naturalnej wielkości czy to z Czekałowem bohaterem Arktyki , czy wojskowe MIG-i. Bolszewicy szturmowali Pałac Zimowy, a białogwardziści walczyli z czerwonoarmistami. Parada sportowców na Placu Czerwonym liczyła chyba z setkę uczestników. Na najniższej i największej odbywał się główny spektakl. Górował nad nim jakby ekran telewizora ukazujący profil Chirurga  (twórcy Klubu Nocne Wilki) prowadzący narrację głosem pełnym pasji i patosu. Świetny organizator, wyrazisty polityk, płomienny patriota, ale  tego, że to również utalentowany aktor, no tego nie wiedziałem.

Tu miało być wideo z nagraniem tego co działo się na scenie, niestety moja strona nie znosi tak ciężkich plików. Odsyłam do stron Nocnych Wilków. Zamiast wideo zdjęcie:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A na najwyższej kondygnacji żelaznych konstrukcji,  dwaj artyści cyrkowi bez żadnych zabezpieczeń wchodzili na kręcące się koła. Widowisko było opowieścią o kolejnych rozdziałach historii Rosji wspaniale zintegrowaną z elementami rozrywki jak przeskakujący nad sceną z jednego podestu na drugi motocykliści czy atleci kolejno zeskakujący na batut i odbijający się z powrotem piętro wyżej. Wszystko to odbywało się jednocześnie. Cały widok podzielony na kilka scen można by przyrównać do wielkiej mozaiki składającej się z różnych elementów. Całość była ogromna, postacie pojedynczych artystów na scenach pomocniczych wyglądały jak ludziki na ulicy oglądani z wysokiego wieżowca.

A na scenie głównej przesuwała się historia Rosji. Rosjanie są mistrzami choreografii i tu to było także widać. Widowisko miało znakomite tempo i czytelną symbolikę. Największe wrażenie zrobiła na mnie symboliczna opowieść o ofiarach wojny. W półmroku przesuwał się ledwie widoczny pochód postaci odzianych w białe całuny, zgiętych pod ciężarem krzyży, niektórzy prawie padali.

Siła i moc biła od dwóch poruszających się miarowo makiet młotów kowalskich wielkości samochodu osobowego. Widniał na nich napis „Ruskij Reaktor”.

Nie przez przypadek Baik Show w Sewastopolu zbiegł się z terminem pobytu na Krymie prezydenta Putina. Jest zaprzyjaźniony z Aleksandrem Załdostanowem (Chirurgiem), charyzmatycznym  twórcą klubu Nocnych Wilków. Prezydent Rosji przyjął czołowych członków klubu, w tym szefa oddziału polskiego, czyli w terminologii klubów MC prezydenta, Dariusza Kaczmarczyka (patrz wideo).

 

pawelkapuscinski.pl

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Prohorowka, największa bitwa pancerna w historii świata (1687 km od domu)

Na wiosnę 1943 r., po zagładzie w Stalingradzie (obecnym Wołgogradzie) VI armii feldmarszałka Paulusa, Armia Czerwona zepchnęła przeciwnika 300 km na zachód. W okolicy Kurska, gdzie Rosjanie zdobyli najwięcej terenu powstało wybrzuszenie w stronę zachodu, które Niemcy postanowili odciąć atakiem z północy i południa. Wierzyli, że mają w „saku” co najmniej 500 tys. czerwonoarmistów. Hitler opóźnił operację nazwaną Zitadelle o 2-3 miesiące czekając na dozbrojenie najnowszymi typami czołgów. Pozwoliło to Sowietom rozbudować linie obronne, m.in. zakopali 400 tys. min przeciwczołgowych. Dywizje pancerne Waffen SS wzmocniło 147 Tygrysów. Był to najcięższy czołg niemiecki z 10 cm pancerzem czołowym i armatą 88 mm o zasięgu 2 km. Rosyjskie T 34 były szybsze i bardziej zwrotne, ale słabiej chronione (pancerz 5 cm) i uzbrojone (armata 76 mm), a żeby zniszczyć Tygrysa musiały zbliżyć się na kilkaset metrów i trafić go w boczny pancerz. Niemcy dostali też 200 Panter, które w Kursku miały swój niezbyt udany debiut, bo często się psuły. Po bitwie, która trwała tydzień, tylko 10 Panter było sprawnych. Niemców wzmocniło też 89 ciężkich niszczycieli czołgów Ferdinand. Od strony północnej Niemcy uderzyli 1200 czołgami i 460 tys. żołnierzy. Sowieci mogli im przeciwstawić 710 tys. żołnierzy i 1783 czołgów. Z południa Łuk Kurski (wybrzuszenie frontu na zachód) atakowało 440 tys. żołnierzy i 1500 czołgów, obrońcy mieli tu 626 tys. żołnierzy i 1661 czołgów oraz dział samobieżnych. Armia Czerwona miała jeszcze w odwodzie 573 tys. żołnierzy i 1551 czołgów i samobieżnych dział. Sowieci zaskoczyli przeciwnika użyciem pocisków kompensacyjnych, Niemcy stosowaniem min magnetycznych przyczepianych przez piechurów do pancerza wrogiej maszyny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bitwę o świcie zaczęła 5 lipca dywizja pancerna SS, na której czele jechały dwa zdobyczne T 34. Odgłos ich silników zmylił obrońców, ale Niemcy uzyskali minimalne zdobycze terytorialne. Do 11 lipca Niemcy wybili 48 km wyrwę w pozycjach radzieckich, ale impet ich ataków słabnął. Ostatnią próbą dotarcia do Kurska było starcie 12 lipca pod Prohorowką. Tu na powierzchni 5 km x 7 km starło się 500 maszyn rosyjskich i 300 niemieckich. Na polu bitwy panował niesłychany chaos. Czołgi prowadziły pojedynki z dystansu 100-200 metrów. SS-mani bili się fanatycznie, ale męstwo czołgistów radzieckich przewyższało wszystko co widział świat. Często celowo uderzali swoim czołgiem w maszynę przeciwnika. Nazajutrz obie strony wycofały się na pozycje wyjściowe, Była to ostatnia próba odzyskania inicjatywy strategicznej przez Niemcy na froncie wschodnim. Życie straciło 80 000 ludzi, zniszczeniu uległo 3000 czołgów.

I oto 73 lata po tych wydarzeniach stoję na miejscu bitwy. Zamieniono je w sanktuarium pamięci o jej uczestnikach. W jego centrum stoi wysoki obelisk przypominający nieco berlińską Siegessaeule upamiętniający zwycięstwo nad Francją. Na dużym obszarze wystawiono różne typy czołgów i dział radzieckich. Przechadzam się między nimi, fotografuję osłaniając aparat przed ulewnym deszczem, usiłuje wyobrazić sobie jak to wtedy wyglądało. Motocykl zostawiłem na parkingu przy szosie w odległości 250 metrów. Nawet widzę jak zatrzymuje się osobowy samochód i jakiś wyrostek biegnie w stronę motoru, ale za chwilę wraca. Nic nie przeczuwając włóczę się jeszcze chwilę między pancernymi kolosami. Wracając ostatnie 50 metrów pokonuje sprintem, zobaczyłem bowiem, że pokrywa prawego kufra została wyrwana, a deszcz leje się na rzeczy z tabletem na samym wierzchu. Nic nie zginęło, Czy był to atak chuligański na motocykl z Polski czy raczej próba kradzieży, a złodziejaszka ktoś spłoszył, bo ruch na szosie był spory. Typuje to drugie tłumaczenie. Ani razu nie spotkałem się z przejawem niechęci wobec Polaków, o wrogości nie wspominając.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cały dzisiejszy dzień jadę w silnym deszczu… i na gębie niezmiennie mi gości banan zadowolenia. W którejś godzinie zaczynam się zastanawiać czy to na pewno normalne? Tak, to czar jazdy na motocyklu. Nocuje w prywatnym pensjonaciku z ruską banią i turecką łaźnią. Pierwsze spotkanie z rosyjską prywatną inicjatywą. Nie wiele różni się od hoteli sprywatyzowanych. Paszport dostaję po sprawdzeniu pokoju czy go nie zdemolowałem lub nie ukradłem ręczników. Jakaś ciota z miejscowego Sanepidu sprawdza podręcznym przyrządem skład chemiczny wody. I wypełnia wielkie płachty kwestionariusza. W Rosji wszystko musi być robione zgodnie z przepisem, z normą, ustawą, regulaminem, krótko mówiąc z „zakonem”. Czasem wygląda to komicznie jak w barze na stacji benzynowej przy wydaniu porcji kaszy z kawałkiem mięsa. Barmanka przebrana za pielęgniarza w domu wariatów, w białe spodnie, białą bluzę i siatkę na włosy najpierw stawia na wadze talerz i go taruje, potem waży talerz z kaszą i po raz trzeci stawia na wadze po dołożeniu mięsa. Scena jak z filmu Barei. Tak widocznie nakazuje „zakon”. Jako anarchistę do szpiku kości irytowało mnie życie według „zakonów”, ale muszę przyznać, że w Rosji stołując się przez dwa tygodnie „na mieście” ani razu nie złapałem jakieś niestrawności co w kraju gdzie „a u nas jak kto chce” zdarza mi się często.

Nazajutrz jeden z kilku dni kiedy nie padał deszcz. Chwała Bogu bo mam dziś do przejechania ponad 700 km. Im dalej na południe tym lepsze ziemie i staranniejsza agrotechnika. Początkowo teren robi się pofałdowany, krajobraz przecinają głębokie wąwozy i płytsze jary. Później krajobraz zamienia się w step, aż po horyzont. Do Woroneża wjeżdżam w godzinach popołudniowego szczytu i od razu wpadam w wielokilometrowy zator. Spowodowali go dwaj uczestnicy nie groźnej stłuczki, którzy siedzą w swoich lekko uszkodzonych osobówkach i czekają na przyjazd policji. Kiedy później opowiadam poznanym motocyklistom, w tym byłemu majorowi policji, że u nas pierwszym obowiązkiem tych kierowców byłoby zepchnięcie na pobocze ich pojazdów blokujących ruch, bardzo się to Rosjanom podoba. Ale u nich „nie nada” A ponieważ w Rosji wszyscy wszystkich, jeśli chodzi o relacje służbowe, mają w dupie, więc wszyscy są przyzwyczajeni, żeby cierpliwie czekać na policję.

Nawigacja prowadzi mnie przez centrum Woroneża i dalej na ulicę wychodzącą na szosę do Saratowa. W pewnym momencie ulica, którą jedzie mnóstwo wielkich TIR-ów i osobówek zamienia się w tor przeszkód. Doły o nie wiadomej głębokości pod powierzchnią kałuż, błoto po osie, wielkie jamy w które ciężarówki wjeżdżają centymetr po centymetrze. Całkiem wyjątkowa ta ulica w ponad milionowym Woroneżu niestety nie jest, w wielu miastach i miasteczkach w Rosji i na Krymie większość ulic ma podobne nawierzchnie utkane z dziur. Złorzeczę władzom samorządowym, które skazują zmotoryzowanych mieszkańców na codzienne tortury. A ludzie to cierpliwie znoszą. Myślę, że takie powszechne lekceważenie podstawowych potrzeb obywateli jest lepszym dowodem na złe funkcjonowanie demokracji w Rosji niż zakaz parad gejów i lesbijek.

Za metropolią nad Donem po obu stronach szosy nieskończony step równy jak stół. I niebo. Tego nieba jest dużo więcej niż w krajobrazie z drzewami, domami. Stopniowo zapada zmrok, piękne podniosłe misterium, zmierzch w stepie. Na stacji benzynowej pytam o najbliższą gostinice. „A tak jest niedaleko stąd, ładna i porządna w Michajłowce” – pada odległość w kilometrach. „Ile, 19 kilometrów?”, „Nie 19 tylko 90”. Kiedy tam przejeżdżam jest już ciemno i oczywiście nie ma żadnej widocznej wskazówki więc gostinicy nie zauważam. Na następnej stacji, minęła północ, poznaję małżeństwo w eleganckim SUVie, on się przedstawił jako katolik z dziadkiem Polakiem. Doprowadzili mnie do samego hotelu w centrum Wołgogradu i jeszcze zaczekali aż się wprowadzę. Motor zostaje na chodniku, stoi dwa dni i oczywiście nic mu się nie dzieje. Wspominałem już, że Rosja jest bezpieczna…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress