Tagi Posts tagged with "podróże motocyklem"

podróże motocyklem

http://cnellalbania.com/dat/video-onlayn-porno-soski.html видео онлайн порно соски http://soistudio.net/community/schetchik-na-goryachuyu-vodu-ne-ustanovlen.html счетчик на горячую воду не установлен Ignorant enduro na bezdrożach Sardynii

палатка детская своими руками фото Jestem i piszę co jest najlepszym dowodem na to, że tak do końca nie mieli  racji ci, którzy przepowiadali mi powrót w pampersach i helikopterem sanitarnym uważając, że to nieodpowiedzialne, żeby mając  78 lat i  ledwie początkowe umiejętności w jeździe off road  wybrać się na  enduro po Sardynii. Wróciłem cały i zdrowy. I moja Hondka 250 L też (jeśli nie liczyć zadrapania w transporcie).

http://exumablog.com/leon/kak-ubrat-krasnotu-litsa-posle-alkogolya.html как убрать красноту лица после алкоголя http://vagameplan.com/love/porno-zhopiki-empe-tri.html порно жопики емпе тры Nie wierzyłem, że tędy da się  przejechać

http://techholod.myjino.ru/community/kompas-3d-kak-polzovatsya-video.html компас 3д как пользоваться видео Pierwszego dnia jedziemy sobie asfaltową drogą wśród pięknie zielonych gór wschodniej Sardynii. Tylko ich szczyty przekraczające 1800 metrów kłują niebo skalistymi szpikulcami. Sielsko, anielsko, a w niższych partiach dzwonią dzwoneczki pasących się owieczek. Poruszamy się wzdłuż kamienistego wzgórza porośniętego kępami niewysokich roślin.

секс рассказы девочка с обезьянами

http://stm-ural.com/leon/preparat-azitromitsin-instruktsiyapo-primeneniyu.html препарат азитромицин инструкцияпо применению Od lewej: Michał S., Bartek, Sławek, Rafał, Igor

http://personabrb.ru/delo/firmenniy-blank-organizatsii-primer.html фирменный бланк организации пример Nagle Rafał skręca w wąziutką ścieżkę wyglądającą jak dno strumienia. Ona nie jest usiana kamieniami, ona się składa z kamieni,  wyłącznie z samych kamieni różnej wielkości. Od małych okrąglaków, po solidne kamulce i wkopane w grunt bloki skalne. Przyjmuję pozycję stojącą, biodra do przodu, głowa na przedłużeniu widelca, tak jak mnie Rafał i Radek uczyli i jak ćwiczyłem na łące koło Nadarzyna. Ścieżyna pnie się w górę. Po ujechaniu paru metrów przednie koło odbija się od wielkiego kamienia, rzuca mnie na krzewy, które próbują zrzucić mnie z motocykla. Już na siedząco wracam z powrotem na ścieżkę, kierownica wariuje mi w rękach, raz w lewo, raz w prawo, zależy z której strony koło odbija się od kamienia. Staram się tylko, żeby wypadkowa tych rozpaczliwych ruchów była zgodna z kierunkiem ścieżki. Nogi jak u pajaca dyndają mi w różne strony. Nagle bums i wpadam w wielką dziurę. Kierownica poszła do przodu, ja zostałem w tyle ciągnąc oczywiście manetkę gazu do siebie. Silnik zawył, motor ruszył na czołówkę ze  ścianą dziury ale przednie koło wskoczyło na skałę. Za chwilę o mało nie wywraca mnie jakiś korzeń. Kierownica nieustająco szarpie w lewo, w prawo. Jestem już cały spocony. Łapię się na tym, że cały czas klnę na głos, leci piętrowa litania wyzwisk. Jakoś to pomaga  i droga staję się równiejsza – na dystansie 15 metrów. I zaczyna się zjazd w dół. O Boże, teraz zaczynam się modlić. Już nie trzymam fasonu, jadę „na listonosza” pedałując nogami jak wiosłami. Zjeżdżam na paru metrową półkę, staje i oceniam swoje szanse. Przede mną  luźny piach, a za nim strumień. Gdzie się wywalę,  na piachu?  w wodę? A tam nasza grupa sposobi się do dalszej jazdy. W tym momencie mija mnie Tomek wyrzucając fontanny piachu. Spinam się w sobie, postanawiam nie spuścić nóg z podnóżka dodaję gazu, ruszam. I całkiem spokojnie przejeżdżam przez bród. Aha, a więc to tak działają terenowe opony na kostkach. Trochę mnie to podnosi na duchu.

http://www.uncovered.ru/delo/dinamo-barselona-1997-sostavi.html динамо барселона 1997 составы

http://licensetogroom.nl/dat/prostoy-derevenskiy-seks-video.html простой деревенский секс видео порно про вампиров в замке Gdyby nie Bartek…

http://www.cxcg.asia/love/seks-v-bolshom-gorode-2008-vikipediya.html секс в большом городе 2008 википедия

http://ebmax.co.il/community/muzey-tsaritsino-kak-dobratsya-na-metro.html музей царицыно как добраться на метро Autor w plenerze

http://karabosshardt.com/community/yazikom-slizala-znachenie-frazeologizma.html языком слизала значение фразеологизма Grupa popędziła do przodu, jeszcze przez chwilę widzę Tomka, który trzyma kontakt wzrokowy z kolegami, ale za chwilę znika i on. I wtedy deux ex machina pojawia się przy mnie Bartek, niczym anioł stróż. (On mówi o sobie skromnie, że ma naturę psa pasterskiego). Jedziemy sobie drogą szutrową, nawet kawałek asfaltem aż dojeżdżamy do bramy w płocie.  Sardynia w tym regionie to jak okiem sięgnąć zielone, górzyste nieużytki, ale do kogoś one należą bo są ogrodzone. Brama do bezdroży otwarta i widać coś jakby ślad opony na piasku. Wjeżdżamy na wąziutką ścieżkę składającą się  oczywiście wyłącznie z kamieni. Nie jestem zmęczony fizycznie, ale słabnie koncentracja. Ścieżka biegnie zboczem porośniętym krzakami. Nagle jakiś większy kamień wyrzuca mnie w powietrze, ja ląduje na kamieniach prawym biodrem, a motor tylnym kołem zsunął się w bok i w dół. Chwilę mocuję się z Hondą, ale bez skutku. Nie jest to motor enduro (który powinien ważyć około 100 kg, a nie 144 kg) tylko przerobiona wersja szosowa. Zmieniłem tylną zębatkę z oryginalnej 40 zębów na 46 i motorek nabrał trochę animuszu, ale prawdziwe enduro są lżejsze i mają ponad 30 KM, a mój 22 KM. Natychmiast pojawia się Bartek i właściwie sam stawia mi motor. Kontynuujemy przedzieranie się przez krzaki, aż dojeżdżam do osypiska prawie pionowo spadającego w dół. Nie są to nawet kamienie, tylko glina. Zrezygnowany myślę, że na dole będę miał przynajmniej miękkie lądowanie, o ile nie wpadnę zbyt głęboko w krzaki. Ale podjeżdża Bartek i mówi, że tędy nie da się przejechać. „ Przecież, tu się nigdzie nie da przejechać motorem” – myślę w duchu. Ale najpierw trzeba zawrócić, a jak to zrobić kiedy ścieżka ma pól metra, z jednej strony ostry spadek, z drugiej góra. Bartek blokuje przednie koło, a na tył daje całą moc. Motorek obraca się w miejscu o 180 stopni. Taka użyteczna sztuczka, a myślałem, że używana tylko do popisywania się. Mozolnie (ja) cofamy się do asfaltu. Przewracam się jeszcze raz, brak koncentracji. Z nowym siniakiem na lewym boku kontynuuję jazdę. Wkoło niskie krzaki, w dole jakieś domostwo. Raz mamy w komórkach zasięg, raz nie. W końcu łączymy się z Rafałem, który z grupą czeka na nas na drodze. Tylko Tomek zniknął bez śladu, a jak się odnajduje w eterze to nie można go zlokalizować w terenie. Umawiamy się w barze w Ala dei Sardi. Tam znajduję Tomka, a wkrótce z okolicznych gór wyłania się reszta grupy.

 

Kościołów jest kilka, restauracji żadnej

Po obiedzie w jakiejś agroturystyce po 17 euro od gęby (zimne, żylaste płaty wołowiny, chłodna herbata z pianką z niedogotowanej wody itp. – kto wymyślił legendę o dobrej kuchni we Włoszech?) chłopcy wybierają się na jakiś ciężki podjazd, a ja rozkoszuje się malowniczymi widokami z szosy do Se Serra, gdzie mamy lokum w agroturystyce (po 30 euro dziennie  z śniadaniem). Mieszkamy w wygodnych pawilonikach rozsianych na zboczu nad głównym placem, powyżej zdziczały sadek gdzie zdejmuję z drzewka znakomite mandarynki.

Drzewa korkowe do połowy pozbawione kory

Wieczorem Tomek wkracza do pokoju kulejąc. Pokonał go jego ciężki motor (170 kg), nazajutrz pauzuje, a ja, kiedy przestaje padać, wyskakuje tylko do Padru na obiad.

Chłopcy wracają z gór z jeszcze jednym uszkodzonym. Michał bardzo wysportowany byczek, ale z długą historią kontuzji odniesionych w hokeju, na boisku i nie na końcu na motorach, podparł się tak nieszczęśliwie, że uszkodził sobie staw kolanowy. Następne dwa dni spędzi w łóżku. Bartek ze swego podręcznego bagażu endurysty wyciągnie urządzenie do  schładzania kolana wodą ochładzaną w zbiorniku z lodem i pompowaną elektrycznym silniczkiem. Michałowi wyda się, że jest już zdrowy i wsiądzie nawet na motor, ale ostatniego dnia musiał już zrezygnować z jazdy.

Bartek pokazuje Michałowi jak działa urządzenie  lagodzące opuchliznę kolana. Niezbędny elemnt wyposażenia przewidującego endurysty. 

Później już właściwie nic przykrego się nie wydarzyło jeśli nie liczyć tego, że drugi Michał wpadł na Rafała, wybił mu palec i uszkodził chłodnicę jego Husqvarny, a sam wpadł podobno do rzeki, ale bez skutków ubocznych.

http://welcomehomewy.org/community/rasskaz-pervogo-chechenskogo-transgendera.html рассказ первого чеченского трансгендера Serpentyny i widoki ciekawsze niż w Alpach

Nazajutrz zwiedzam tę część Sardynii – okolice Olbi – tylko z Tomkiem, który zdążył wydobrzeć. Jeździmy w górach po takich zakrętach, że Alpy wysiadają. I na dodatek, zero ruchu, ani samochodów, ani ciągników, ani pieszych. Całkowity spokój i zupełne odludzie. Panoramę zamykają szczyty gór przypominających nasze Tatry, znajdujemy nawet bliźniaka Giewontu. Widoki niesamowite, rozkoszuję się przyrodą. O tej porze roku – początek kwietnia – na Sardynii jest dopiero kilkanaście stopni ciepła, ale  wiosna obecna jest już setkami gatunków kwitnących krzewów, drzew, jakiś bylin, roślin o dziwnych kształtach i niespotykanej barwie. I pusto, wszędzie nie ma nikogo, kompletne bezludzie,w oceanie zieleni na zboczach rzadko rozsiane pojedyncze zagrody. Korzystamy z tej nieobecności kogokolwiek i śmiało wjeżdżamy w wąziutką drogę do której wjazd blokuje znak zakazu wjazdu. Dziesiątkami   zakrętów i serpentyn wspinamy się nią na przełęcz i zjeżdżamy w dół, gdzie w oddali lśni w słońcu jakieś spore jezioro, rozgałęziające się na mnóstwo mniejszych zbiorników. Czasem zjeżdżamy do jakieś wsi czy raczej miasteczka, gdzie nieużytki zamieniają się w małe działki rolne. Albo jest to spłachetek łąki, albo plantacje rosochatych, porośniętych szarymi porostami drzew korkowych rosnących wśród kamieni i skał.

Tak niebieskie niebo ogląliśmy tylko jednego dnia

Niewielkie winnice spotkamy dopiero jutro jak wybierzemy się w stronę morza. Jak tylko mijamy jakąś drogę gruntową odchodzącą od asfaltu to Tomek w nią wjeżdża. A ja nolens volens za nim. Pierwszy raz w życiu jadę na kostkach (oponach terenowych), które na asfalcie wprawiają w niepokój kierownice motocykla. Zanim się przyzwyczaję już to mi daje wystarczającą dawkę andrenaliny.

Od lewej: Michał i Tomek

Następnego dnia jeździmy w trójkę z Michałem, któremu opuchnięte kolano pozwala jeździć, ale wywraca się z motorem jak podcięty kiedy tylko próbuje podeprzeć się tą kontuzjowaną nogą. Mimo to roznosi go energia i ciągnie nas w teren. Wjeżdżamy w taki długi kamienisty podjazd – jeszcze kilka dni temu nie zaryzykowałbym jazdy po takich wądołach – i docieramy do jeziora. Jestem z siebie bardzo dumny, nawet pada jakaś oszczędna pochwała ze strony moich kompanów.

Znad jeziora przebijamy się górami w stronę morza. Dojeżdżamy do jakiegoś malowniczego miasteczka. Kamieniczki przyklejone do zbocza góry, a na jej szczycie kamienna wieża zamku.

Tu gastronomia włoska ukazuje się nam z bardziej przyjaznej strony. Dojeżdżamy do parkingu tuż przy brzegu morza. Piasek jak nad Bałtykiem tylko plaża węższa, ale wygląda zachęcająco (parędziesiąt kilometrów od Olbi na południe). Pusto, jakaś samotna rowerzystka o karnacji północnoeuropejskiej.

Z Michałem, niedaleko Olbi

Po południu spotykamy główną grupę i prawie jeździmy razem. Prawie bo my pomykamy asfaltem, a oni przejechali przez otwartą bramę na czyjąś posesję i jadą całymi kilometrami wąziutką ścieżką wzdłuż siatki stromymi podjazdami i kamienistymi zjazdami, przeprawiają się przez rzeczki. Na czele peletonu pędzi Jacek (kiedy nas wiózł z Berlina autostradą do Warszawy czasem zwalniał do 200 km/godz), w zasadzie prowadzi Rafał. Czasem się któryś zatrzymuje, cofa i od nowa szturmuje stromiznę. Czasem, któryś musi się podeprzeć, czy podnieść motor. Jedziemy szosą po drugiej stronie siatki i widzimy ich jak na scenie. Nie mogę oderwać wzroku od pięknej Bety, którą dosiada Sławek z Poznania. Jakoś tak najbardziej płynnie pokonuje przeszkody trzymając oba koła na ziemi.

Trochę mi sie wody do butów nalało

To było chyba następnego dnia kiedy spotkaliśmy się z nimi przy przeprawie przez bród na rzeczce przecinającej bezdrożny szlak. Oni na jeden brzeg my na drugi. Hulamy dnem doliny o której znaki zakazu wjazdu informują, że bywa zatapiana wodą spuszczaną z  dużego zalewu. My wydostajemy się w końcu na asfalt, a oni szukają wyzwań wśród kamieni. Wieczorem Bartek opowiada, że kiedy gonił grupę, kamień podbił mu przednie koło które przy szybkości 41 km/godz – jak wykazał tablet, który przeżył upadek – wpasowało się w poprzeczny rowek odwadniający. Gwałtowne zatrzymanie katapultowało Bartka przez kierownicę, tylko dzięki profesjonalnym zabezpieczeniom skończyło się na siniakach. A może podświadomie pomogły mu w tym szczęśliwym „padzie” wieloletnie treningi judo.

Rafał radzi nam  – mnie i Tomkowi – jechać w górę nad Ala dei Sardi, gdzie jest ferma wiatraków. Wspinamy się tam wąskimi wybetonowanymi dojazdami do tych urządzeń. Mimo całej sympatii dla energii odnawialnej muszę przyznać, że wiatraki strasznie okaleczają krajobraz. Wolimy się pokręcić po wąziutkich uliczkach miasteczka.

Tomek w pozie własciciela tej fermy wiatraków

Na obiad wracamy do Padru, gdzie w restauracyjce przy głównej ulicy jemy bardzo smacznie i wyjątkowo tanio (16 euro za obu). Usługuje nam miła i ładna dziewczyna, która przyjechała tu z Ukrainy 5 lat temu, wyszła za mąż, ma dzieci.

Rozpakowywanie i pakowanie motorków zawsze wprawia Sławkę w zadumę

Pięć dni mija jak z bata strzelił, Rafał z pomocą kolegów zapakował motorki na lawetę i odjechał w stronę promu, a my mamy dzień na zwiedzanie Olbi. Ładne miasto nad morzem z lotniskiem z którego wieczorem lecimy do Berlina. Tygodniowy postój samochodu na parkingu lotniska Schoenefeld  kosztował 60 euro, to chyba taniej niż na warszawskim Chopinie.

Ostatnia wieczerza. Od lewej: Paweł, Sławek, Igor, Michał S, Jacek, Bartek. Nie zmieścili się w kadrze: Michał, Tomek i ja

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Na pożegnanie Fezu ostatnia fotka z tarasu na dachu hotelu Jardin i dalej w drogę

Przygotowaliśmy się do podróżowania po Afryce, letnie buty, letnie kurtki, bawełniane podkoszulki, odjechaliśmy już kawał drogi w głąb lądu, a pogoda – w połowie kwietnia – jak u nas w chłodne lato. Każdy ma w bagażniku po kilka butelek wody, a tu ani śladu upału. Gorzej, dopada nas ulewa i towarzyszy nam aż do celu podróży w tym dniu, a jest nim Kasbah (oberża) Panorama. Przyjeżdżamy tam późnym wieczorem po ciemku brnąc w błocie przez jakieś nieużytki. Nie posądzałem się o takie umiejętności jazdy off-roadowej (ale co mają powiedzieć dwaj koledzy Jacek i Czesiek na ciężkich, sześciocylindrowych BMW GTL?).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Panorama okazuje się niezwykle klimatycznym miejscem. Budynek zbudowany jest z wysuszonych bloczków gliny i gdyby nie dach o który bębni ulewa pewnie by się rozpłynęła na deszczu. Ale w środku jest luksusowym hotelem. Spotykamy  grupę Polaków uprawiających popularną tu turystykę terenowymi samochodami z napędem na cztery koła. Chłopcy są bardzo muzykalni, jeden z nich, Łodzianin pięknie śpiewa włoskie romanse, dołącza dwóch Arabów zawzięcie i rytmicznie walących w bębenki, mamy bardzo sympatyczny wieczór.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nazajutrz widzimy za oknem powód dla którego Panorama jest tak popularna wśród turystów. W odległości paruset metrów puste, pustynne pole przechodzi w wysoką na kilkadziesiąt metrów wydmę piasku. Jest to jakby przednia straż Sahary. Wydma nosząca nazwę Erg Chebbi ma 7 km szerokości i 27 km długości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

U stóp góry piachu jak wybudowane z gliny domy miasteczka Merzouga, żyjącego z obsługi turystów i zaopatrywania ich w pamiątki, które inaczej niż na całym świecie nie są Made in China lecz są rzeczywiście miejscowego pochodzenia. Wkoło jakby zabronowane, puste pola na których „posiano” niewielkie kamienie, rosną nędzne drzewo-krzaki obgryzane przez rude wielbłądy. Czasem jakiś pastuch przegania przez szosę stado też brązowych kóz. Od czasu do czasu widać namioty koczowników. Przy jednej jurcie zauważam panel solarny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do pełnej cywilizacji jest stąd sto kilkadziesiąt kilometrów. Er Rachidia jest pięknym, pastelowo-różowym miastem z własnym lotniskiem i pełnymi samochodów i przechodniów ulicami. Można by pomyśleć, że jest się w jakimś kraju południowej Europy gdyby nie mauretańska architektura domów z płaskimi dachami i gdyby nie czystość, która mogłaby zawstydzić śmieciarzy np. z Sycylii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na południu miało być biednie, nie bardzo to widać po wyglądzie miast i miasteczek. Tylko ludzie są biedni i namiętnie usiłują zarobić parę drachm sprzedając jakieś kamienie półszlachetne, wisiorki, pierścionki i inne ozdoby lub świadcząc jakąś przysługę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tankujemy przeważnie dwa razy dziennie. Benzyna dobrej jakości kosztuje wszędzie tyle samo, a pompiarze skrupulatnie wydają resztę. Spotykamy tu często podstawowy środek lokomocji i transportu towarów: ryksze. Z przodu motocykl z tyłu platforma. Często duże napisy informują, że jest to pojazd tak „renomowanych” marek jak Kewesaki, Koyota, Suzuyama…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kierujemy się w stronę Atlasu, wysokie ośnieżone szczyty coraz bliżej. Czeka nas tam przygoda, której się nie spodziewaliśmy… Ale na razie gnamy luksusową szosą wśród czerwonego krajobrazu mogącego służyć jako sceneria do filmów przedstawiających powierzchnię Marsa. Mijamy miasteczka i górujące nad okolicą kazby czyli fortece.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wreszcie docieramy do podnóża Atlasu i wjeżdżamy w wąski malowniczy wąwóz z pionowymi skałami w kolorze ochry. Dołem wzdłuż asfaltowej szosy wartko płynie szeroki strumień. Przed wjazdem do wąwozu parking z turystycznymi autobusami i ciężarówkami przerobionymi na kampery.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tłum turystów. Jedziemy dalej, tu nie spotykamy już ludzi za to coraz częściej drogę przegradzają strumyki przelewające się przez asfalt. Są na tyle płytkie, że nie stwarzają problemów, jeśli nie liczyć przemoczonych butów i nogawek. Świeci słoneczko i jest jeszcze przyjemnie.

IMG_7014 (1)

Wspinamy się coraz wyżej i zaczyna być coraz chłodniej. Zmieniam obuwie na suche. Za miasteczkiem drogę przegradza nam spora rzeka. Zsiadamy z motorów, naradzamy się, sondujemy głębokość, zbierają się kibice, kierowcy wysoko zawieszonych dostawczych ciężarówek pokazują, że damy radę. I faktycznie kolejno przejeżdżamy przez rzekę, ciężkie GTL z asystą. Na drugim brzegu zmieniam buty na trzecią parę, jest już popołudnie, słońce coraz częściej przesłaniają chmurki, jest coraz chłodniej. Jedziemy wciąż w górę, temperatura spada, powyżej widać spłachetki śniegu. W tym dniu wspięliśmy się na wysokość 2670 m, a temperatura spadła do 6 stopni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W małej berberyjskiej wiosce Paweł prowadzi nas w wąską uliczkę między nędznymi zabudowaniami, która według mapy ma się kończyć szutrową drogą, ale kończy się polem, a droga okazuje się koleinami wyrytymi w błocie, pełnymi kałuż i dołów. Bohatersko jedziemy kilkaset metrów, ale w końcu dajemy za wygraną i zawracamy do wioski. Tam czeka już na nas tłum dzieci. Mali Berberowie zachowują się inaczej niż ich arabscy rówieśnicy. Chcą koniecznie coś dostać, pewien malec chce, żeby mu dać skarpetki, które suszę pod pajączkiem, na miejscu pasażera. Kiedy otwieram centralny kufer, żeby sięgnąć po wodę momentalnie widzę w nim chudą łapkę grzebiącą wśród moich rzeczy…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Słońce zachodzi, robi się chłodno, wszyscy jesteśmy przemoczeni. Zawracamy i dojeżdżamy do rzeki, którą parę godzin wcześniej już forsowaliśmy w tę stronę. Przed brodem skręcamy w drugie rozgałęzienie szosy i znów jedziemy w bezludne pustkowie wysokiego Atlasu. Zaczyna się ściemniać, przejeżdżamy przez kilka strumieni aż dojeżdżamy do tej samej rzeki, tylko, że tu jest ona głębsza i jeszcze bardziej wartka. Jesteśmy w pułapce. Wracamy 10 km do rzeki, którą już sforsowaliśmy. Wody jakby w niej więcej, ale dajemy radę. Mnie i Pawłowi kończy się benzyna. W najbliższej osadzie, w kompletnych ciemnościach rozświetlonych tylko ręcznymi latarkami, w „stacji benzynowej” składającej się z beczki i ręcznej pompy tankujemy paliwo. Przed północą docieramy do eleganckiej oberży w której Paweł zarezerwował nam nocleg.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dopiero rano, z okna pokoju widzę jaka to piękna okolica

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress