Rosja 2017, Impresje (3) Przez Suwałki do Sewastopola

Rosja 2017, Impresje (3) Przez Suwałki do Sewastopola

Rosja 2017

Impresje (3) Przez Suwałki do Sewastopola

O mało co dla dwóch motocykli wyprawa na Baik Show Nocnych Wilków w Sewastopolu nie zakończyła się już w Suwałkach. Nasz przewodnik Darek Kaczmarczyk, szef oddziału tego klubu w Polsce, znalazł nam wspaniałą miejscówkę na nocleg w domkach nad jeziorem tuż przy Suwałkach, ale żeby tam dojechać trzeba było pokonać wiele skrzyżowań małych uliczek tej miejscowości. I na jednym z tych skrzyżowań ze złą widocznością zatrzymaliśmy się obok siebie, Marcin z Asią i ja. Marcin był wysunięty trochę do przodu, pierwszy ruszył i po przejechaniu 1-2 metrów przewrócił się prosto pod koła mojego motocykla, który też już wystartował. GS 1200 ma genialne hamulce więc udało mi się go momentalnie zatrzymać… 20 cm przed głową Asi leżącą na jezdni. Dobrze, że nie ma oczu z tyłu głowy, bo by umarła na serce.

FOT. Asia i Marcin na Placu Czerwonym:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wysunąłem nogę do przodu z takim rozmachem, że walnąłem goleniem w silnik boksera i to rozbicie jadziło mi się przez ponad dwa tygodnie mimo codziennej zmiany opatrunku. Dopiero na Kubaniu kupiłem w aptece zasypkę Sandoza i austriacki opatrunek z jonami srebra i po paru dniach rana się zagoiła. Zawracam d…ę swoim goleniem tylko po to, żeby uwiarygodnić informację, że w Rosji apteki (tak jak i sklepy) są nie gorzej zaopatrzone niż w Polsce. Jeśli ktoś się tam wybiera niech pamięta, że jedzie do cywilizowanego kraju europejskiego i nie musi się kompletnie ekwipować jak przy wyprawie na Maternhorn czy Syberię.

FOT. To nie zdjęcie z Paryża lecz z Sewastopolu:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszego dnia na obczyźnie spaliśmy za kilkanaście euro w świetnym hotelu na Łotwie, w ośrodku dla wędkarzy. Właścicielka zorganizowała nam ucztę z świeżo odłowionych pstrągów. Granicę przekroczyliśmy w Narvie w rekordowym czasie 1,5 godziny. Nie powiem złego słowa na biurokrację rosyjską, trzeba tylko pamiętać, żeby nie zgubić takiego małego karteluszka Karty Migracyjnej (kiedyś trzeba było ją stemplować w hotelach) i celnego dokumentu wwozu motocykla.

FOT. Przed słynnym Ermitażem w Sankt Petersburgu urządzono wystawę uzbrojenia z II Wojny Światowej (od lewej – Marcin, Ignac, Ja, statysta w mundurze czerwonoarmisty, Darek, Romek, w kucki Jarek):

Sankt Petersburg, chyba najładniejsze wśród dużych miast Europy, pełne majestatycznych pałaców, cerkwi, klasztorów, muzeów itd. zwiedzałem parę lat temu na zaproszenie największego browaru w Europie Baltica. Jego dystrybutor zamieścił reklamy piw rosyjskich w „Wiadomościach Handlowych” i ozdobił je moim reportażem. Więc nie będę się już powtarzał. Zwróciłem tylko uwagę na nowe osiedla tej 5. milionowej metropolii z imponującymi nowoczesną architekturą drapaczami chmur. Przyjaciel Darka tanio wynajął dla nas duże, świeżo wyremontowane, zaopatrzone w kompletnie wyposażoną kuchnię ze zmywarką i łazienkę z pralką, trzypokojowe mieszkanie w samym centrum Petersburga. W bocznej uliczce, gdzie wbrew stereotypom, w takim sobie stanie były elewacje, natomiast mieszkania gruntownie remontowane. Jako bywalec zaprowadziłem naszą grupkę do Peterhofu, letniej rezydencji Piotra Wielkiego nad morzem, 30 km od założonej przez niego ówczesnej stolicy Rosji. Peterhof słynie z kolekcji fontann zasilanych grawitacyjnie z odległych o 20 km  źródeł, no i oczywiście z imponujących pałaców, złoconych rzeźb i cienistego parku.

Największą atrakcję zapewnił nam Paweł, przyjaciel Darka, szczupły motocyklista pod 40-tkę, który pod wieczór, kiedy ruch już osłabł wziął nas na, stu kilometrową chyba, przejażdżkę w szalonym tempie po ulicach i zaułkach  tego pięknego miasta poprzecinanego dziesiątkami kanałów z setkami mostków i Newą, która jest tu dużo szersza niż Wisła w Warszawie. Godzinę po północy byliśmy świadkami podniesienia ogromnego mostu zwodzonego, na jednej z najważniejszych arterii Petersburga. Widowisko odbywa się co noc, ściąga tysięczne tłumy, reflektory podświetlają konstrukcję mostu, a klasyczna muzyka z megafonów podkreśla wyjątkowość chwili.

FOT. W słynnym, moskiewskim GUM-ie, od lewej Asia, Marcin, Darek, Romek, Ignaś vel Młody i Jarek:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nazajutrz wyruszyliśmy do Moskwy. Na czele Darek na „wodniaku” GS, potem 22 – letni Ignaś, student prawa na dwucylindrowej Hondzie, która z trudem rozpędzała się do 130 km na godzinę, a w drodze powrotnej zaczęła się psuć, dalej Marcin z Asią na GS „olejaku”, ja jechałem na takim samym tylko o rok starszym (rocznik 2006, na trasie 7,5 tys. km zużył niecałe pół litra oleju), przede mną był jeszcze Jarek, który wszystko wszystkim reperował i był niezniszczalnym reprezentantem naszej grupy na nocnych rozmowach z braćmi Słowianami, niekoniecznie przy napojach bezalkoholowych. Jarek startował zawsze później i w szaleńczym tempie, mijając mnie na centymetry, wpasowywał swojego Fazera 1000 w szyk kolumny. Zamykał ją Romek, zawsze w dobrym humorze, którego nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi i który jako jedyny odważył się – ponad dojazdowe minimum – jeździć na motocyklu po Moskwie – w obłędnym tłoku i z samymi wariatami za kierownicą, (którym się na dodatek bardzo śpieszy). W sobotę kiedy jechaliśmy na miejsce zbiórki  w Sextonie, w słynnej siedzibie Nocnych Wilków, żeby dołączyć  do grupy startującej do Sewastopola, ruch na ulicach był już normalny. I reakcje kierowców także mieściły się w ramach kodeksu drogowego. Ale w dzień roboczy Boże Broń „Europejców” przed samodzielną jazdą po Moskwie…

FOT. Przy szosach na północ od Moskwy  często rośnie barszcz Sosnowskiego, jedna z najbardziej niebezpiecznych roślin bo jeden ze składników jego soku łączy się z DNA komórek i powoduje ich obumieranie:

Szosa z Petersburga do Moskwy, poza fragmentami wybudowanej już (płatnej) autostrady jest w dużo gorszym stanie niż szosy prowadzące z Moskwy na wschód, południe, czy zachód. Dotarliśmy więc do stolicy Rosji – ponad 700 km – solidnie zmęczeni i dość późnym wieczorem. Darek przez swoje kontakty załatwił nam tanią i dobrą kwaterę w samym centrum. Okazja zobaczenia przeciętnego mieszkania moskiewskiego. Dwa pokoje, kuchenka, łazienka, mały korytarz, chyba optymalnie rozplanowane 50 mkw.

FOT. Pod murem Kremla w komplecie popiersia wszystkich pierwszych sekretarzy:

 

Zwiedzanie zaczynamy od Placu Czerwonego. Dostajemy się tam taksówką, które w Rosji są  bardzo tanie i szybko przyjeżdżają. Działa tam też Uber, ale inaczej niż u nas – samochody są oznakowane dużym napisem, a firma  funkcjonuje  jak korporacja taksówkarska.

FOT. Protoplasta naszych galerii i centrów handlowych, moskiewski GUM otwarty w 1893 r:

Ze wszystkich zabytków na słynnym placu najbardziej nas zainteresował nie któryś z obiektów sakralnych ale znany na całym świecie GUM czyli galeria handlowa wybudowana w końcu XIX wieku. Protoplasta powstałych w Polsce galerii i centrów handlowych, które jak się okazuje nie są wynalazkiem francuskim. W środku sklepy firmowe najbardziej prestiżowych marek ubrań, torebek czy zegarków eksponowanych w witrynach razem z cenami (najdroższy zegarek kosztował 120 tys. dolarów).

FOT. Wszystkie marki świata:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W popularnym GUM-ie także wystawa poświęcona wielkiej infrastrukturalnej i politycznej inwestycji – mostowi łączącemu Rosję z Krymem. Aktualnie połączenie zapewniają promy przepływające do Kercza w ciągu 20 minut.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem czeka nas wielka atrakcja, wizyta w Sextonie, słynnej siedzibie Nocnych Wilków na peryferiach Moskwy. Klub wykształcił specyficzny i zawsze jednakowy styl  swoich oddziałów w różnych miastach. Na wejściu – akurat zamkniętym bo jakaś firma wynajęła Sexton na swoją imprezę – solidna ozdobna brama i wiele elementów uzbrojenia z czasów II Wojny Światowej.

FOT. My przed bramą Sextonu w Moskwie,  niżej Darek przed bramą siedziby klubu NW w Donbasie:

 

Obowiązkowo rzeźby wilka, symbolu klubu i mnóstwo przedziwnych pojazdów jak z bajek dla dzieci, które zresztą  uwielbiają imprezy organizowane specjalnie dla nich.

W środku setki ton złomu, pordzewiałych konstrukcji pnących się na wiele pięter z podestami służącymi jako sceny dla występów artystów.

Jest tu też restauracja z bardzo dobrym jedzeniem i wykonanymi z wielką troską o każdy szczegół dekoracjami utrzymanymi w stylu bajkowo-militarnym.

FOT.  A to autor, po minie widać, że kolacja była świetna:

Od Moskwy jechaliśmy już w ramach Drogi Pobiedy z przystankami w miejscowościach, które zasłużyły w Wojnie Ojczyźnianej na tytuł Miasta Bohatera. W każdym odbywały się bardzo uroczyste akademie. Jelce, Woroneż, Kamieńsk Szachtyński, Kercz, Sewastopol. Były to dla mnie, dla lepszego zrozumienia Rosjan ważne wydarzenia. Na placach przed pomnikami bohaterów wojny ojczyźnianej odbywały się uroczystości, składano kwiaty przed wiecznym ogniem, były przemówienia. Delegacja ze Smoleńska prezentowała ziemię z pól bitewnych zapakowaną w oryginalne skorupy granatów z czasów napoleońskich. Obecni byli włodarze miast, młodzież z paramilitarnej organizacji Junarmia,  produkowali się miejscowi artyści , asystowali kombatanci II Wojny, bardzo szanowani w Rosji. Było też wielu mieszkańców, no i kilkudziesięciu motocyklistów.

Podczas jednego z takich naprawdę wzruszających spotkań miałem wrażenie, że kiedyś  już w takim wydarzeniu uczestniczyłem. Ależ tak! To przecież jakby kopia Rajdu Katyńskiego. No, z jedną różnicą. My czcimy miejsca polskich tragedii, oni miejsca swoich zwycięstw. I jedne i drugie łączy to samo – hekatomba ofiar i cierpień.

W jednym z apeli poległych przemawiał oficer w mundurze. Przedstawiając go wspomniano, że walczył w Afganistanie.  Darek słusznie zwrócił uwagę, że u nich jest jakaś nieprzerwana ciągłość historii, nie odcinają się od żadnego etapu życia narodu w zależności od aktualnych trendów politycznych. To, tylko my zmieniamy sobie bohaterów po każdym zakręcie politycznym. Za mojego życia jakże zmieniał się wizerunek AK-owców i żołnierzy, którzy nie złożyli broni w 1945 r. W czasie okupacji buńczuczni bohaterzy w stylu Kmicica, w latach 50. „zbrodniarze”, których trzymano w tych samych celach co hitlerowskich zbrodniarzy wojennych, potem ich prawie nie zauważano by ostatnio przywrócić cześć i chwałę jako Żołnierzom Wyklętym….

Humorystyczno-osobisty epizod. Prawie na  każdej uroczystości, kiedy wymieniano kto przyjechał na motocyklach, informacja że z „Polszy” przyjechał biker, który ma „siedemdziesiat’ wosiem let’” budziła żywą reakcję. Nie bardzo rozumiem co w tym dziwnego, ale zaakceptowałem rolę muzealnego eksponatu. Wśród Wilków z Moskwy wypatrzyłem rówieśnika z którym trzymaliśmy się razem. Kola, rzeźbiarz podchodził na postojach i troskliwie pytał czy ja „nie ustał” (czy się nie zmęczyłem) bo upał był pieroński. Kola przyszedł na świat w 1960 r, 21 lat po mnie….

FOT.  Z powodu mojego PESELU,  jadący koło mnie Misza, „stroiciel” domów drewnianych z Moskwy poprosił mnie o wspólną fotografię:

 

Wspólny wyjazd z moskiewskimi Nocnymi Wilkami rozpoczęliśmy od grupowego wjazdu na Pl. Czerwony i niezwykle uroczystego uczczenia pamięci bohaterów Wojny Ojczyźnianej. Z Moskwy kierujemy się na południe, a z każdym kilometrem rośnie słupek rtęci, na Kubaniu sięgnął 38,5 stopni. Ale bardziej od upału dokucza nam tłok, kto żyw jedzie z północy nad Morze Czarne. Przejazd przez miasta w obowiązkowym, gęstym korku. Organizatorzy zapewniają nam noclegi, czasem jest to ośrodek wypoczynkowy za który płacimy (30 zł), a czasem bezpłatny jak w byłym obozie pionierów. Przez Jelce i Woroneż dojeżdżamy do Kamieńska Szachtyńskiego. W każdym z tych miast, które mają tytuł miast-bohaterów witają nas ich gospodarze, mieszkańcy, organizacje społeczne i bierzemy udział w akademiach dla uczczenia ofiar wojny.

Kamieńsk Szachtyński zapamiętałem jako 80-tysięczne miasteczko, które w czasie wojny straciło 50 000 swoich mieszkańców. I jako miasto w którym jest specjalny hotel dla motocyklistów, a  klub dla moto bikerów słynie z oryginalnych eksponatów.

Z Kamieńska tylko krok do Doniecka i Ługańska, dwóch rejonów wschodniej Ukrainy, które się zbuntowały przeciwko władzy w Kijowie. Zamieszkuje je ludność sympatyzująca z Rosją, deklarująca rosyjski jako język ojczysty. Państwo ukraińskie walczy z secesją przy pomocy swojego wojska i – nie wiem, czy nie w większym stopniu – oddziałów ochotniczych (Azow) składających się ze zwolenników Stefana Bandery i tradycji UPA. Podczas naszej obecności w Rosji Donbas był znów ostrzelany z dział, choć tej broni – na podstawie ustaleń mińskich – nie powinno tam być. W Mińsku uzgodniono, że Ukraina odzyska kontrolę nad granicą z Rosją, a na terenie oddolnie ogłoszonych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych odbędą się wybory do lokalnych samorządów. Klucz tkwi w tym co powinno nastąpić jako pierwsze i tu poglądy obu stron są diametralnie przeciwne. Co ciekawe mieszkańcy Donbasu w swej większości wcale nie marzą o wejściu w skład Federacji Rosyjskiej. Z badań sondażowych cytowanych przez „Frankfurter Allgemeine Zeitung” wynika, że tylko 11 proc. mieszkańców chciałoby, żeby Donbas stał się normalną częścią Federacji Rosyjskiej. Jeszcze mniejszy jest odsetek, tych którzy chcieliby, żeby Donbas stał się zwykłą częścią państwa ukraińskiego. Najwięcej jest zwolenników specjalnego statusu tego regionu albo w składzie Ukrainy (35 proc.) albo Rosji (33 proc.).

Kiedy okazało się, że Nocne Wilki odwiedzą oddział swojego klubu w Donbasie oczywiście zgłosiłem akces do tego wyjazdu. Dobrze byłoby zobaczyć na własne oczy co się dzieje w rejonie, który decyduje o stosunkach Zachodu z Rosją.

Na granicy z Donbasem

Z Kamieńska do granicy dojechaliśmy sielskim i pokojowym krajobrazem południowego pogranicza Rosji i Ukrainy. Nie spotkaliśmy ani jednej ciężarówki wojskowej czy innego śladu obecności wojsk. Wbrew oczekiwaniu przejście graniczne  do Ługańska okazało się normalnym odcinkiem rosyjskiej granicy. Oczekiwałem, że  praktycznie Donbas nie jest oddzielony od Rosji. Nic bardziej mylnego. Kolejki samochodów osobowych i autobusów przy budkach służb, pogranicznicy kontrolują paszporty, celnicy sprawdzają bagaże. Jakiś znużony pasażer autobusu podchodzi do naszej kolorowej grupy i zmęczonym głosem pyta : – Po co wy tam jedziecie? Co chcecie zobaczyć? Tam jest wojna. Trochę głupio mi się robi… Na pamiątkę daje mi niebiesko-granatowo-czerwoną wstążkę Ługańskiej Republiki Ludowej. Zastanawiam się jak umundurowane są służby ŁRL, kiedy podchodzi rosyjski pogranicznik i mówi, że jeśli zdecydujemy się wjechać do Ługańska to już nas nie wpuszczą z powrotem do Rosji, bo nasze wizy są jednorazowe i nie będą „valid”. Bądź zdrów młody żołnierzu, ale mielibyśmy kłopot…

Okazuje się jednak, że już odprawiono nasze motocykle i deklaracje wwozowe zostały anulowane. Każą nam wypisać od nowa celny dokument wwozowy. Zgodnie z prawdą w rubryce „Skąd” wpisujemy „Estonia”. Źle! Wypełniamy formularz jeszcze raz. Ma być dzisiejsza data, a w rubryce kraj z którego wjeżdżamy mamy wpisać „Ukraina”. No i niech mi ktoś teraz powie, że Rosja nie respektuje integralności państwa ukraińskiego…

Nie wjechawszy do Donbasu zyskujemy parę dni przewagi nad resztą grupy i spędzamy je nad Morzem Azowskim, blisko przeprawy promowej na Krym w miejscowości wczasowej Gołubitskaja. Trafiamy tam za pośrednictwem Światosława, smoleńskiego współbiesiadnika Jarka, który umówił się z nim w określonym punkcie mapy i kilka godzin czekał na nas do nocy przed centrum informacyjnym. Koleżeński gość. Do późnej nocy przy głównej ulicy stoją samochody pośredników oferujących noclegi.

FOT. Nasze lokum w Gołubitskaja nad Morzem Azowskim:

Światosław załatwił nam wygodne pokoje z łazienkami, tv i klimą za 60zł, z dobrze wyposażoną wspólną kuchnią, 200 m od morza. Ciepłego, przyjaznego, bez prądów ale z wodą niezbyt przeźroczystą i dość wąską plażą. Jak się unormują stosunki między naszymi sąsiadami chętnie polecę tam znowu. Pełny luz, urlopowicze spacerują w kąpielówkach po głównej ulicy, mężczyźni z obnażonymi torsami robią zakupy w sklepach, siedzą w knajpkach. Nikt się nie przejmuje jak wygląda i czy ma modne okulary. Ani śladu jakiegoś szpanu.

FOT. Promy kursują często, ale zawsze wypełnione do ostatniego miejsca:

Krym jest teraz niby normalną częścią Rosji, ale nie do końca. Sprzedaż biletu  na prom połączona jest z odprawą paszportową, wjazd i wyjazd kontrolowany jest przez służby celne. Wjeżdżając do Kercza zauważam zmiany, w zeszłym roku w maju jechałem drogą  standardu ukraińskiego (dziury przedzielone skrawkami asfaltu) teraz w sierpniu szosa jest gładka jak stół, a od powstającego Mostu Krymskiego zaczyna się budowa autostrady.

Pierwszą noc spędzamy w małym miasteczku koło Jałty. Lądujemy na rynku w środku nocy i po długich pertraktacjach rodzina azerska polująca jeszcze na gości zabiera nas do siebie. Jedziemy za ich skuterkiem po uliczkach tak poskręcanych, pełnych zaułków i ślepych wjazdów, że nie możliwe byłoby trafić na własną rękę, choć w linii powietrznej było to ze 200 m. Po tym można poznać nie europejskie korzenie miast krymskich. Nazajutrz, na dojazd do parkingu bierzemy taksówkę.

FOT. Widok na zatokę w Sewastopolu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na zwiedzanie Sewastopolu mam tylko kilka godzin. Latam z aparatem i trzaskam zdjęcia. Andriej namówił mnie na przyjazd na centralny plac tego pięknego miasta, gdzie Nocne Wilki zorganizowały spotkanie z „braćmi” z różnych krajów. Jako najstarszy uczestnik wyjazdu mówię parę zdań, że przyjechałem z Polski, że chcę zrozumieć Rosję, że poznałem tu wielu wspaniałych ludzi i że już wiem skąd się bierze wielkość Rosji, że nie przez obszar, a przez ludzi.

FOT. Estetyka niektórych pomników jest kontrowersyjna, ale nastroje patriotyczne bardzo szczere:

FOT. Górski krajobraz Krymu nad Morzem Czarnym i płaska równina w środku półwyspu

Wracam sam, na nawigację. Jadę nie górskim wybrzeżem, ale przez płaski środek półwyspu. Germina wprowadziła mnie trochę w błąd i skierowała na jakąś bardzo boczną drogę, ledwie zdążam na ostatni prom. Ale to nic w stosunku do tego co mnie spotkało nazajutrz. Nawigacja poprowadziła mnie  jakąś drogą z betonowych, pokruszonych płyt do śródpolnej drogi wysypanej grubymi, luźnymi kamieniami. W koło żywej duszy, ogromne przestrzenie ponumerowanych pól, modliłem się, żeby się nie wypieprzyć. W rezultacie do Rostowa dotarłem w nocy. Przed miastem stało auto z wyświetlanym napisem Hotel, ale 1500 rubli (90 zł) wydało mi się zdzierstwem i pognałem dalej, aż utknąłem w korku. Kiedy wreszcie zobaczyłem napis Motel ucieszyłem się jakbym trafił do ziemi obiecanej. Faktycznie wypocząłem, ale za 3000 rubli plus 400 rubli za karę, że jestem inostrańcem.

Nie dojeżdżając do Woroneża zjeżdżam z głównego szlaku na boczną szosę do Belogradu, świetnej jakości, a pustą. Z rzeczy wartych wspomnienia mogę tylko wymienić pożar stepu i „diewoczki” ze stacji benzynowej walczące z żywiołem. Robi się coraz chłodniej, nazajutrz deszcz i 13 stopni.

FOT. Pożar stepu przed Woroneżem

Jak wiadomo Rosja ograniczyła przejścia graniczne dla obywateli UE do przejścia na Homel. Ale nie jest to wielkie utrudnienie jeśli korzysta się ze świetnej i pustej autostrady Homel – Mińsk.  Z granicy rosyjsko-białoruskiej przed Homlem, granicy nie pilnowanej, której się nawet nie zauważa, do przejścia w Brześciu jedzie się najwyżej 10 godzin. Łącznie z obowiązkowym błądzeniem po Brześciu bo w mieście droga do przejścia jest bardzo oszczędnie oznakowana.

Teatr na przejsciu w Terespolu

I kiedy człowiek czuje się już jedną nogą w domu trafia  na „meksyk” na granicy. Wpadam na jakąś długą, zbitą kolejkę pojazdów stojących na bezdrożu za barierką. I dzieje się coś nieprawdopodobnego. Kolejkowicze zachęcają mnie, żebym pojechał bokiem, cofają lub podjeżdżają po kilkadziesiąt centymetrów żeby zrobić mi miejsce i serdecznie doradzają jak dotrzeć do szlabanu. Takiej życzliwości ze strony rodaków bym się nie spodziewał. Później zrozumiałem, że tu wszyscy się znają, spotykają się parę razy w tygodniu i obowiązkowy postój traktują jak spotkanie towarzyskie. Panuje atmosfera pikniku.

Ale kiedy już podałem pani zawiadującej szlabanem dowód rejestracyjny i już widziałem się na kolacji w domu, zostaje zarejestrowany i ustawiony na wielkim placu, gdzie w dziewięciu rzędach stoją auta, a ich właściciele wpatrują się w wielki ekran na którym co 20-30 minut wyświetlają się numery rejestracyjne kilku samochodów, które mogą jechać dalej. W ciągu paru godzin oczekiwania na wyświetlenie się mojego numeru zawieram znajomości. Pewien starszy mieszkaniec  nieodległej Białej Podlaskiej namawia mnie, żebym pojechał 30 km do następnego przejścia, gdzie prawie nie ma kolejek, a jeszcze lepiej 80 km dalej, gdzie jest nowoczesne przejście na którym w ogóle się nie czeka. Spytałem więc logicznie czemu sam tam nie jedzie. Uśmiechnął się z politowaniem i wyjaśnił, że „obcego tak by tam przetrzepali, żeby się z rozumem nie pozbierał, a tu wszyscy się już od wielu lat znamy”. Tu trzeba dodać, że poza jednym jedynym dziwakiem, który jechał dla przyjemności, wszyscy pozostali to osoby zawodowo trudniące się drobnym przemytem. Głównie papierosami (zarobek 40 zł na pakiecie), alkoholem i benzyną.

Mój numer na ekranie! Jadę pod następny szlaban, teraz już na granicy. I znów nic się nie dzieje. Służby białoruskie załatwiły kilka samochodów, ale one nadal stoją na przejściu nie mogąc jechać dalej bo tam zaczyna się tłum aut czekających  na dużym placu aż zrobi się miejsce po polskiej stronie. Kiedy po dalszych dwóch godzinach znajduję się wreszcie po drugiej stronie Bugu ze zdumieniem obserwuje jak wolno, jak ślamazarnie pracują polskie służby. Białoruscy nie należą do stachanowców, ale nasi uprawiają chyba jakiś strajk włoski. To jakiś teatr z tą odprawą, celnicy od czasu do czasu zajrzą do jakiegoś bagażnika, ale na ogół ograniczają się do przyjęcia ustnej deklaracji. Wszyscy tu doskonale wiedzą, że każdy jest tu tylko po to, żeby zarobić na przemycie towarów z akcyzą.   I wszyscy grają swoje role,  przemytnicy udają niewiniątka, służby, że walczą z przemytem.

W Brześciu byłem o godz 15, do domu w Nadarzynie, 200 km dalej, dotarłem o  24 godz.

pawelkapuscinski.pl

 

 

 

 

Brak komentarzy

Skomentuj