Początkujący endurysta na drogach i bzdrożach Sardynii

Początkujący endurysta na drogach i bzdrożach Sardynii

Ignorant enduro na bezdrożach Sardynii

Jestem i piszę co jest najlepszym dowodem na to, że tak do końca nie mieli  racji ci, którzy przepowiadali mi powrót w pampersach i helikopterem sanitarnym uważając, że to nieodpowiedzialne, żeby mając  78 lat i  ledwie początkowe umiejętności w jeździe off road  wybrać się na  enduro po Sardynii. Wróciłem cały i zdrowy. I moja Hondka 250 L też (jeśli nie liczyć zadrapania w transporcie).

Nie wierzyłem, że tędy da się  przejechać

Pierwszego dnia jedziemy sobie asfaltową drogą wśród pięknie zielonych gór wschodniej Sardynii. Tylko ich szczyty przekraczające 1800 metrów kłują niebo skalistymi szpikulcami. Sielsko, anielsko, a w niższych partiach dzwonią dzwoneczki pasących się owieczek. Poruszamy się wzdłuż kamienistego wzgórza porośniętego kępami niewysokich roślin.

Od lewej: Michał S., Bartek, Sławek, Rafał, Igor

Nagle Rafał skręca w wąziutką ścieżkę wyglądającą jak dno strumienia. Ona nie jest usiana kamieniami, ona się składa z kamieni,  wyłącznie z samych kamieni różnej wielkości. Od małych okrąglaków, po solidne kamulce i wkopane w grunt bloki skalne. Przyjmuję pozycję stojącą, biodra do przodu, głowa na przedłużeniu widelca, tak jak mnie Rafał i Radek uczyli i jak ćwiczyłem na łące koło Nadarzyna. Ścieżyna pnie się w górę. Po ujechaniu paru metrów przednie koło odbija się od wielkiego kamienia, rzuca mnie na krzewy, które próbują zrzucić mnie z motocykla. Już na siedząco wracam z powrotem na ścieżkę, kierownica wariuje mi w rękach, raz w lewo, raz w prawo, zależy z której strony koło odbija się od kamienia. Staram się tylko, żeby wypadkowa tych rozpaczliwych ruchów była zgodna z kierunkiem ścieżki. Nogi jak u pajaca dyndają mi w różne strony. Nagle bums i wpadam w wielką dziurę. Kierownica poszła do przodu, ja zostałem w tyle ciągnąc oczywiście manetkę gazu do siebie. Silnik zawył, motor ruszył na czołówkę ze  ścianą dziury ale przednie koło wskoczyło na skałę. Za chwilę o mało nie wywraca mnie jakiś korzeń. Kierownica nieustająco szarpie w lewo, w prawo. Jestem już cały spocony. Łapię się na tym, że cały czas klnę na głos, leci piętrowa litania wyzwisk. Jakoś to pomaga  i droga staję się równiejsza – na dystansie 15 metrów. I zaczyna się zjazd w dół. O Boże, teraz zaczynam się modlić. Już nie trzymam fasonu, jadę „na listonosza” pedałując nogami jak wiosłami. Zjeżdżam na paru metrową półkę, staje i oceniam swoje szanse. Przede mną  luźny piach, a za nim strumień. Gdzie się wywalę,  na piachu?  w wodę? A tam nasza grupa sposobi się do dalszej jazdy. W tym momencie mija mnie Tomek wyrzucając fontanny piachu. Spinam się w sobie, postanawiam nie spuścić nóg z podnóżka dodaję gazu, ruszam. I całkiem spokojnie przejeżdżam przez bród. Aha, a więc to tak działają terenowe opony na kostkach. Trochę mnie to podnosi na duchu.

Gdyby nie Bartek…

Autor w plenerze

Grupa popędziła do przodu, jeszcze przez chwilę widzę Tomka, który trzyma kontakt wzrokowy z kolegami, ale za chwilę znika i on. I wtedy deux ex machina pojawia się przy mnie Bartek, niczym anioł stróż. (On mówi o sobie skromnie, że ma naturę psa pasterskiego). Jedziemy sobie drogą szutrową, nawet kawałek asfaltem aż dojeżdżamy do bramy w płocie.  Sardynia w tym regionie to jak okiem sięgnąć zielone, górzyste nieużytki, ale do kogoś one należą bo są ogrodzone. Brama do bezdroży otwarta i widać coś jakby ślad opony na piasku. Wjeżdżamy na wąziutką ścieżkę składającą się  oczywiście wyłącznie z kamieni. Nie jestem zmęczony fizycznie, ale słabnie koncentracja. Ścieżka biegnie zboczem porośniętym krzakami. Nagle jakiś większy kamień wyrzuca mnie w powietrze, ja ląduje na kamieniach prawym biodrem, a motor tylnym kołem zsunął się w bok i w dół. Chwilę mocuję się z Hondą, ale bez skutku. Nie jest to motor enduro (który powinien ważyć około 100 kg, a nie 144 kg) tylko przerobiona wersja szosowa. Zmieniłem tylną zębatkę z oryginalnej 40 zębów na 46 i motorek nabrał trochę animuszu, ale prawdziwe enduro są lżejsze i mają ponad 30 KM, a mój 22 KM. Natychmiast pojawia się Bartek i właściwie sam stawia mi motor. Kontynuujemy przedzieranie się przez krzaki, aż dojeżdżam do osypiska prawie pionowo spadającego w dół. Nie są to nawet kamienie, tylko glina. Zrezygnowany myślę, że na dole będę miał przynajmniej miękkie lądowanie, o ile nie wpadnę zbyt głęboko w krzaki. Ale podjeżdża Bartek i mówi, że tędy nie da się przejechać. „ Przecież, tu się nigdzie nie da przejechać motorem” – myślę w duchu. Ale najpierw trzeba zawrócić, a jak to zrobić kiedy ścieżka ma pól metra, z jednej strony ostry spadek, z drugiej góra. Bartek blokuje przednie koło, a na tył daje całą moc. Motorek obraca się w miejscu o 180 stopni. Taka użyteczna sztuczka, a myślałem, że używana tylko do popisywania się. Mozolnie (ja) cofamy się do asfaltu. Przewracam się jeszcze raz, brak koncentracji. Z nowym siniakiem na lewym boku kontynuuję jazdę. Wkoło niskie krzaki, w dole jakieś domostwo. Raz mamy w komórkach zasięg, raz nie. W końcu łączymy się z Rafałem, który z grupą czeka na nas na drodze. Tylko Tomek zniknął bez śladu, a jak się odnajduje w eterze to nie można go zlokalizować w terenie. Umawiamy się w barze w Ala dei Sardi. Tam znajduję Tomka, a wkrótce z okolicznych gór wyłania się reszta grupy.

 

Kościołów jest kilka, restauracji żadnej

Po obiedzie w jakiejś agroturystyce po 17 euro od gęby (zimne, żylaste płaty wołowiny, chłodna herbata z pianką z niedogotowanej wody itp. – kto wymyślił legendę o dobrej kuchni we Włoszech?) chłopcy wybierają się na jakiś ciężki podjazd, a ja rozkoszuje się malowniczymi widokami z szosy do Se Serra, gdzie mamy lokum w agroturystyce (po 30 euro dziennie  z śniadaniem). Mieszkamy w wygodnych pawilonikach rozsianych na zboczu nad głównym placem, powyżej zdziczały sadek gdzie zdejmuję z drzewka znakomite mandarynki.

Drzewa korkowe do połowy pozbawione kory

Wieczorem Tomek wkracza do pokoju kulejąc. Pokonał go jego ciężki motor (170 kg), nazajutrz pauzuje, a ja, kiedy przestaje padać, wyskakuje tylko do Padru na obiad.

Chłopcy wracają z gór z jeszcze jednym uszkodzonym. Michał bardzo wysportowany byczek, ale z długą historią kontuzji odniesionych w hokeju, na boisku i nie na końcu na motorach, podparł się tak nieszczęśliwie, że uszkodził sobie staw kolanowy. Następne dwa dni spędzi w łóżku. Bartek ze swego podręcznego bagażu endurysty wyciągnie urządzenie do  schładzania kolana wodą ochładzaną w zbiorniku z lodem i pompowaną elektrycznym silniczkiem. Michałowi wyda się, że jest już zdrowy i wsiądzie nawet na motor, ale ostatniego dnia musiał już zrezygnować z jazdy.

Bartek pokazuje Michałowi jak działa urządzenie  lagodzące opuchliznę kolana. Niezbędny elemnt wyposażenia przewidującego endurysty. 

Później już właściwie nic przykrego się nie wydarzyło jeśli nie liczyć tego, że drugi Michał wpadł na Rafała, wybił mu palec i uszkodził chłodnicę jego Husqvarny, a sam wpadł podobno do rzeki, ale bez skutków ubocznych.

Serpentyny i widoki ciekawsze niż w Alpach

Nazajutrz zwiedzam tę część Sardynii – okolice Olbi – tylko z Tomkiem, który zdążył wydobrzeć. Jeździmy w górach po takich zakrętach, że Alpy wysiadają. I na dodatek, zero ruchu, ani samochodów, ani ciągników, ani pieszych. Całkowity spokój i zupełne odludzie. Panoramę zamykają szczyty gór przypominających nasze Tatry, znajdujemy nawet bliźniaka Giewontu. Widoki niesamowite, rozkoszuję się przyrodą. O tej porze roku – początek kwietnia – na Sardynii jest dopiero kilkanaście stopni ciepła, ale  wiosna obecna jest już setkami gatunków kwitnących krzewów, drzew, jakiś bylin, roślin o dziwnych kształtach i niespotykanej barwie. I pusto, wszędzie nie ma nikogo, kompletne bezludzie,w oceanie zieleni na zboczach rzadko rozsiane pojedyncze zagrody. Korzystamy z tej nieobecności kogokolwiek i śmiało wjeżdżamy w wąziutką drogę do której wjazd blokuje znak zakazu wjazdu. Dziesiątkami   zakrętów i serpentyn wspinamy się nią na przełęcz i zjeżdżamy w dół, gdzie w oddali lśni w słońcu jakieś spore jezioro, rozgałęziające się na mnóstwo mniejszych zbiorników. Czasem zjeżdżamy do jakieś wsi czy raczej miasteczka, gdzie nieużytki zamieniają się w małe działki rolne. Albo jest to spłachetek łąki, albo plantacje rosochatych, porośniętych szarymi porostami drzew korkowych rosnących wśród kamieni i skał.

Tak niebieskie niebo ogląliśmy tylko jednego dnia

Niewielkie winnice spotkamy dopiero jutro jak wybierzemy się w stronę morza. Jak tylko mijamy jakąś drogę gruntową odchodzącą od asfaltu to Tomek w nią wjeżdża. A ja nolens volens za nim. Pierwszy raz w życiu jadę na kostkach (oponach terenowych), które na asfalcie wprawiają w niepokój kierownice motocykla. Zanim się przyzwyczaję już to mi daje wystarczającą dawkę andrenaliny.

Od lewej: Michał i Tomek

Następnego dnia jeździmy w trójkę z Michałem, któremu opuchnięte kolano pozwala jeździć, ale wywraca się z motorem jak podcięty kiedy tylko próbuje podeprzeć się tą kontuzjowaną nogą. Mimo to roznosi go energia i ciągnie nas w teren. Wjeżdżamy w taki długi kamienisty podjazd – jeszcze kilka dni temu nie zaryzykowałbym jazdy po takich wądołach – i docieramy do jeziora. Jestem z siebie bardzo dumny, nawet pada jakaś oszczędna pochwała ze strony moich kompanów.

Znad jeziora przebijamy się górami w stronę morza. Dojeżdżamy do jakiegoś malowniczego miasteczka. Kamieniczki przyklejone do zbocza góry, a na jej szczycie kamienna wieża zamku.

Tu gastronomia włoska ukazuje się nam z bardziej przyjaznej strony. Dojeżdżamy do parkingu tuż przy brzegu morza. Piasek jak nad Bałtykiem tylko plaża węższa, ale wygląda zachęcająco (parędziesiąt kilometrów od Olbi na południe). Pusto, jakaś samotna rowerzystka o karnacji północnoeuropejskiej.

Z Michałem, niedaleko Olbi

Po południu spotykamy główną grupę i prawie jeździmy razem. Prawie bo my pomykamy asfaltem, a oni przejechali przez otwartą bramę na czyjąś posesję i jadą całymi kilometrami wąziutką ścieżką wzdłuż siatki stromymi podjazdami i kamienistymi zjazdami, przeprawiają się przez rzeczki. Na czele peletonu pędzi Jacek (kiedy nas wiózł z Berlina autostradą do Warszawy czasem zwalniał do 200 km/godz), w zasadzie prowadzi Rafał. Czasem się któryś zatrzymuje, cofa i od nowa szturmuje stromiznę. Czasem, któryś musi się podeprzeć, czy podnieść motor. Jedziemy szosą po drugiej stronie siatki i widzimy ich jak na scenie. Nie mogę oderwać wzroku od pięknej Bety, którą dosiada Sławek z Poznania. Jakoś tak najbardziej płynnie pokonuje przeszkody trzymając oba koła na ziemi.

Trochę mi sie wody do butów nalało

To było chyba następnego dnia kiedy spotkaliśmy się z nimi przy przeprawie przez bród na rzeczce przecinającej bezdrożny szlak. Oni na jeden brzeg my na drugi. Hulamy dnem doliny o której znaki zakazu wjazdu informują, że bywa zatapiana wodą spuszczaną z  dużego zalewu. My wydostajemy się w końcu na asfalt, a oni szukają wyzwań wśród kamieni. Wieczorem Bartek opowiada, że kiedy gonił grupę, kamień podbił mu przednie koło które przy szybkości 41 km/godz – jak wykazał tablet, który przeżył upadek – wpasowało się w poprzeczny rowek odwadniający. Gwałtowne zatrzymanie katapultowało Bartka przez kierownicę, tylko dzięki profesjonalnym zabezpieczeniom skończyło się na siniakach. A może podświadomie pomogły mu w tym szczęśliwym „padzie” wieloletnie treningi judo.

Rafał radzi nam  – mnie i Tomkowi – jechać w górę nad Ala dei Sardi, gdzie jest ferma wiatraków. Wspinamy się tam wąskimi wybetonowanymi dojazdami do tych urządzeń. Mimo całej sympatii dla energii odnawialnej muszę przyznać, że wiatraki strasznie okaleczają krajobraz. Wolimy się pokręcić po wąziutkich uliczkach miasteczka.

Tomek w pozie własciciela tej fermy wiatraków

Na obiad wracamy do Padru, gdzie w restauracyjce przy głównej ulicy jemy bardzo smacznie i wyjątkowo tanio (16 euro za obu). Usługuje nam miła i ładna dziewczyna, która przyjechała tu z Ukrainy 5 lat temu, wyszła za mąż, ma dzieci.

Rozpakowywanie i pakowanie motorków zawsze wprawia Sławkę w zadumę

Pięć dni mija jak z bata strzelił, Rafał z pomocą kolegów zapakował motorki na lawetę i odjechał w stronę promu, a my mamy dzień na zwiedzanie Olbi. Ładne miasto nad morzem z lotniskiem z którego wieczorem lecimy do Berlina. Tygodniowy postój samochodu na parkingu lotniska Schoenefeld  kosztował 60 euro, to chyba taniej niż na warszawskim Chopinie.

Ostatnia wieczerza. Od lewej: Paweł, Sławek, Igor, Michał S, Jacek, Bartek. Nie zmieścili się w kadrze: Michał, Tomek i ja

Brak komentarzy

Skomentuj