Piękne krajobrazy dolnośląskie i refleksja na temat oodszkodowań wojennych

Piękne krajobrazy dolnośląskie i refleksja na temat oodszkodowań wojennych

Piękne krajobrazy dolnośląskie i refleksja na temat odszkodowań wojennych

Dzięki nieocenionym inicjatywom  Łukasza Łowkiela mogłem  bliżej poznać obecne oblicze pogranicza polsko-czeskiego w rejonie Lądka Zdroju. Trasa organizowanego przez Łowkiela motocyklowego V Rajdu Paszków wiodła właśnie przez tę część Dolnego Śląska. Pod względem turystycznym imprezę można opisać samymi superlatywami.

Ale mnie interesowały nie tylko piękne krajobrazy łagodnych, zielonych zboczy górskich z gęstą siecią asfaltowych dróg i dróżek. Patrzyłem na pograniczne wsie i miasteczka. Rzuca się w oczy ogromne zaniedbanie substancji budowlanej w miastach, zwłaszcza po stronie polskiej. Odrapane kamienice i zapuszczone, najwyraźniej bogate kiedyś, duże domy na terenach wiejskich. Prawie żadnych nowych domów, wszystko „poniemieckie”. W mijanych miejscowościach wzdłuż szosy do Wrocławia co i raz widać mniejsze i większe zrujnowane fabryczki, fabryki i większe zakłady. Nie poddające się zębowi czas wysokie fabryczne kominy, opuszczone budynki z czarnymi oczodołami okien, zarwanymi dachami, pordzewiałe konstrukcje urządzeń przemysłowych. Nawiasem mówiąc na prowincji b.NRD, zanim RFN wpompowała we Wschodnie Niemcy bilion marek, obraz powojennych zniszczeń i zaniedbań wyglądał podobnie.

Mamy tylko jedno usprawiedliwienie dla tego wandalizmu: komunizm. Przez ten pieprzony ustrój nastąpiła  tam degradacja terenów rolniczych. Znam to dobrze bo jako dziennikarz zajmujący się tematyką rolną wiele razy jeździłem w te rejony w latach 60. i 70. Do 1945 r istniały tam bogate gospodarstwa bauerskie posiadające 60, 80 i więcej hektarów. Ale komuna, pryncypialnie walcząca z „kułakami”, tolerująca „średniaków” gospodarujących na kilkunastu hektarach, osiedlała w takim gospodarstwie po kilku przesiedleńców. W oborze stało po kilka krów każdego z nich, domy zasiedlono kilkoma rodzinami. Użytkowników było wielu, ale gospodarza, właściciela ani jednego. Jak zleciała jedna dachówka to oczywiście nikt nie czuł się zobowiązany do naprawy dachu, a jak się już zawaliło pół dachu, to ten rolnik, który miał pecha, że jego inwentarz stał w niefartownej części obory, lub mieszkał w tej części domu, która była zalewana deszczem, szukał we wsi innego nieużywanego budynku w lepszym stanie. A upadek rzemiosła i rodzinnych fabryczek to już  oczywista stuprocentowa wina komuny. Polacy ze swoją smykałką do przedsiębiorczości doskonale zagospodarowaliby i rozwinęli majątek produkcyjny pozostawiony przez Niemców. Pokazaliśmy do czego jesteśmy zdolni po upadku komuny. Ale w PRL wszystko musiało być państwowe czyli niczyje lub pseudo spółdzielcze.

Mimo dziesięcioleci dekapitalizacji i zaniedbań widać jednak, szczególnie właśnie na Dolnym Śląsku jak bogate były – i są – te rejony. Jak zupełnie nieporównywalnie lepiej rozwinięte gospodarczo niż zabrane nam Kresy Wschodnie, przez które kilka dni temu przejeżdżałem motocyklem wracając z Rosji czy odwiedzając polskie parafie z Rajdem Katyńskim na Białorusi. Ziemie Odzyskane to 103 tys. kilometrów kwadratowych czyli prawie jedna trzecia terytorium Polski. Zamieszkiwało je przed wojną – jeśli dobrze czytam Wikipedię – 9 mln obywateli niemieckich.  Niemcy je utracili na naszą korzyść wskutek przegranej, grabieżczej wojny, którą sami wywołali. I Niemcy się z tym pogodzili. Nie rozdrapujmy świeżo zabliźnionych ran żądaniem odszkodowań za zniszczenia wojenne. Nie otwierajmy puszki Pandory wzajemnych roszczeń, nie wywołujmy duchów rewizjonizmu. To żaden patriotyzm, wręcz przeciwnie igranie z ogniem w imię doraźnych korzyści politycznych.

pawelkapuscinski.pl

Brak komentarzy

Skomentuj