Maroko, zielony i czysty kraj przyjaznych ludzi (2)

Maroko, zielony i czysty kraj przyjaznych ludzi (2)

 

Tak blisko natury jak na motocyklu – powyżej przejeżdżam przez rzekę, która nam w Atlasie przegrodziła drogę – nie da się być ani w samochodzie, ani tym bardziej w autokarze. Jak widać na zdjęciu bliskość natury sięgała w tym momencie od stóp (w przemoczonej, trzeciej parze butów) po czubek głowy. Zwiedzanie jakiegoś kraju autobusem to jak podróż po świecie za pośrednictwem telewizyjnych programów geograficznych. Świat za szybą. Na motocyklu jest się w środku tego świata i chłonie się krajobraz wszystkimi zmysłami. Na przykład powonieniem. To szczególnie ważny zmysł w Maroku. Jak już podkreślałem jest to czysty kraj, czystych ludzi, nigdzie nie jest się więc narażonym na nieprzyjemne zapachy. Z jednym wyjątkiem. Przy zwiedzaniu czynnych od średniowiecza garbarni w Fezie. Ale tam dostaje się gałązkę mięty, którą trzyma się przed nosem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Takim symbolem starań Marokańczyków o czystość może być wspólna pralnia na wartkim strumieniu przepływającym przez Chefchaquene (powyżej). Im bardziej na południe tym zapachy intensywniejsze . Feeria zapachów. Wciąż innych. Za Fezem , w górach porośniętych wysokimi cedrami, chłonie się cudownie intensywny zapach tych drzew. Kiedy wróciliśmy z wypadu w góry z nieposkromionymi rzekami ogarnął nas w dolinie wspaniały zapach róży. I ciągnął się przez wiele kilometrów, bo jak można było nazajutrz zorientować się z przydrożnych reklam oferujących olejek i inne produkty różane jest to rejon uprawy tych kwiatów. Wiele razy przejeżdżaliśmy przez strefę zapachu lawendy. Innym razem pachniały akacje. Czasem uderzał w nos zapach nie spotykany u nas. Na przykład taki przypominający zapach indyjskich kadzidełek. Albo intensywny zapach miodu. Ale najbardziej intrygujący, nie zidentyfikowany zapach czekał na samym południu. Nazwałem go zapachem pustyni. Zanikał, kiedy powiało znad Sahary, tak suchym i gorącym powietrzem jakby się otworzyło drzwiczki do rozgrzanego piekarnika.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Najważniejszym miastem w drodze na południe jest prastary, milionowy Fez, jedno z trzech królewskich miast. W IX w założono tu najstarszy uniwersytet na świecie. Paweł zarezerwował nam pokoje w eleganckim i nie drogim (około 40 euro za pokój) Hotel Jardin korzystnie położonym tuż przy medynie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Starówka otoczona jest wysokim murem z wieloma ozdobnymi bramami. Obrazek znany z wielu innych arabskich miast. Mnie najbardziej przypomina Jerozolimę. Przed bramą w Fezie stoi część naszej ekipy (od lewej) Mateusz i Agnieszka z Łodzi, Czesław z Warszawy, Klaudia i Przemek z Holandii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Domy w Fezie mają płaskie dachy które służą jako tarasy. Na tarasie jednej z licznych w medinie restauracji zasiadamy do kolacji. Świetne żarcie i do tego nie drogie (5-10 euro). Spragnionym kolegom uprzejmy kelner dyskretnie wyczarowuje nawet piwo. Przy kolacji dobiegają nas śpiewy muezinów, którzy pięć razy dziennie wzywają wiernych do modlitwy z wież 280 meczetów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nazajutrz udajemy się na poszukiwanie największej atrakcji tutejszej mediny, wspomnianej już garbarni (na zdjęciu). Nie jest to takie proste bo uliczki medyny mają łącznie 90 km. Oczywiście zgłasza się mnóstwo chętnych, którzy nam proponują (na szczęście nie nachalnie), że nas tam zaprowadzą. Arabowie stworzyli społeczeństwo nastawione na działalność usługową z handlem na czele. W końcu zostajemy skierowani do dużego sklepu z wyrobami ze skóry. Po pokonaniu wąskich schodów i przejściu przez liczne sale sprzedaży właściciel wyprowadza nas na taras skąd można rzucić okiem na manufakturę wytwarzającą skóry metodami z czasów średniowiecza. Trudno byłoby wymyślić lepszy chwyt marketingowy…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przeciskając się wąziutkimi i stromymi uliczkami wśród tysięcy maleńkich sklepików z wszelakim dobrem podziwiam jak sprawnie zorganizowano logistykę zaopatrzenia tego gigantycznego bazaru. Nie zmieściłby się tu najmniejszy nawet dostawczak. Cały towar, wszystkie surowce – bo jest tu też mnóstwo warsztacików rzemieślniczych – dowożą i wywożą głównie osiołki. Jest to bardzo wszechstronne zwierzęcie. Na zdjęciu osiołek w wersji ciężarowej. Popularna jest też odmiana pasażerska z jakimś starym dywanem na grzbiecie lub w wersji luksusowej z kołdrą. Wieśniacy tuningują swoje osiołki jeszcze inaczej, nakładając na nie konstrukcję z prętów, na którą można nałożyć taką ilość skoszonej trawy czy jakiejś innej zielonki, że wystają spod niej tylko nogi kłapoucha.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bazar to miejsce handlu, rozrywki, a także produkcji rzemieślniczej.Nie opisuje zwiedzonych zabytków Fezu, z fantastycznymi mozaikami, bo lepiej to robi wiele dostępnych w naszych księgarniach przewodników po Maroku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z Fezu udajemy się dalej na południe początkowo daremnie rozglądając się za jakimś pustynnym widoczkiem. Wjeżdżamy w piękny górski pejzaż Średniego Atlasu (najwyższy szczyt 3358 m npm.) z wysokimi cedrami udającymi europejskie świerki. W połowie kwietnia widać jeszcze płaty śniegu. Bogata okolica z bardzo elegancką stacją narciarską do złudzenia przypominającą niewielkie, ekskluzywne ośrodki sportów zimowych w Szwajcarii. Nawet dachy wysokich willi i pensjonatów są tu strome jak te stosowane w budownictwie alpejskim. Jeśli się ma szczęście – my go nie mieliśmy – można tu spotkać dziko żyjące małpki dokarmiane przez turystów. Przejeżdżamy przez przepiękne miasteczko z domami w pastelowych różowych kolorach. Także tu mają one strome dachy, a na nich wiele gniazd z emigrantami z Polski, nawet po trzy na jednym domu. W przeciwieństwie do ekonomicznego wychodźctwa młodych Polaków odpowiedzialnością za emigrację boćków nie można obarczać naszych (pożal się Boże) polityków…

 

Krajobraz się zmienia, ziemia z szarej czy gliniastej zmienia kolor na mniej lub bardziej intensywną czerwień. Coraz częściej mijamy coraz bardziej pozbawione zieleni pustkowia. Tylko w dolinach, którymi płyną rzeki widać intensywną zieleń z pióropuszami palm chwiejących się na wietrze.

Podobne artykuły

Brak komentarzy

Skomentuj