Maroko, gdzie kozy chodzą po drzewach (4)

Maroko, gdzie kozy chodzą po drzewach (4)

 

Pomimo, że poprzedniego dnia od godzin południowych prawie do północy, przemoczeni do pasa jeździliśmy przez strumienie i rzeki nikt z nas nawet nie złapał kataru. Natomiast BMW 1600 GTL Jacka poważnie odchorowało wczorajsze wodowania (bo chyba nic innego nie wchodzi w grę w przypadku maszyny z 2012 r i z przebiegiem 40 000 km?). Rozsypało się jedno z łożysk przedniego koła. Wyobraźcie sobie sytuację, jesteśmy na dalekim południu afrykańskiego kraju w którym nie widziałem przedstawicielstwa BMW. Czy będziemy musieli czekać aż nam tę część przyślą z Europy?

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nic podobnego. W, skądinąd przepięknym mieście Quarzazat, chłopcy zachodzą do pierwszego lepszego warsztaciku w którym stoi kilka pół-wraków motorowerów i wracają z mechanikiem, który zaopatrzony przez nas w specjalistyczne narzędzia od razu bierze się do roboty. Z jakiegoś innego warsztaciku przynosi nowiutkie łożysko i po 45 minutach – u Fusa w Warszawie dłużej by trwało umawianie wizyty w serwisie – jest po sprawie. Naprawa kosztowała 15 euro, łożysko 5 euro…. Więc dalej na południe!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wzdłuż drogi ciągnie się rzeka szczelnie obrośnięta palmami. Przejeżdżamy przez piękne miasteczka, które przypominają mi Kalifornię. Ich główne ulice są zaprojektowane z takim samym rozmachem, zawsze po dwa pasy w każdą stronę. Robi się coraz goręcej. Kiedy z Zagory skręcamy na Zachód i jedziemy równolegle do granicy z Algerią temperatura podnosi się do 36 stopni. Powiewy z Sahary przynoszą tak gorące powietrze jakby się zajrzało do rozgrzanego piekarnika. Aż w nosie kręci.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale wbrew temu co pokazuje termometr nie jest to upał nie do wytrzymania. Dzięki temu, że wieje wiatr i powietrze jest absolutnie pozbawione wilgoci wysoka temperatura wcale nam nie doskwiera. Mnie się nawet nie chce zdjąć kurtki…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nocujemy pod Foum Zguid, w oberży utrzymanej w stylu domu berberyjskiego, jak zwykle z wszystkimi wygodami i bogato, w dobrym guście, zdobionym. Czy to przez to, że całe Maroko jest poprzetykane górami, w tym kraju nie ma właściwie budynku który nie byłby architektonicznie udekorowany – jak na naszym Podhalu, gdzie górale nawet deski na wygódki (sławojki) pięknie wycinają. Do miasteczek marokańskich wjeżdża się często przez paradne bramy. Na granicy miast przy drodze stoją jakby po dwie wieże szachowe z każdej strony.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kontynuujemy drogę na Zachód na miasto Tata. Jedziemy przez tereny półpustynne. Nie ma piachu jak na Saharze, ale poza drzewami o koronach płaskich jak talerz lub fryzura detektywa Rutkowskiego, nic innego tu nie rośnie. Na dwóch wyższych drzewach pasą się kozy. Przecieramy oczy ze zdumienia, ale nie, to nie fatamorgana, rzeczywiście na drzewach stoją kozy. Drzewa są nimi dosłownie obsypane jak nasze choinki bożonarodzeniowe. Koło głazów rosną kaktusy tak piękne, że byłyby ozdobą każdej warszawskiej kwiaciarni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Paweł ma jakąś wspaniałą nawigację, która prowadzi nas do Sidi Ifni wąziutkimi drogami pełnymi zakrętów znów przez góry. Raj dla motocyklistów i estetów bo piękne widoki. Wyjeżdżamy nad Ocean Atlantycki. Pusta o tej porze roku plaża. Obiad w knajpce nad samym Oceanem, kto lubi może spróbować świeżo wyłowionych owoców morza, ja zamawiam kurczaka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podobne artykuły

Brak komentarzy

Skomentuj