Liczy się tylko szybkość względna

Liczy się tylko szybkość względna

Liczy się szybkość wobec innych samochodów, a nie wobec słupa z fotoradarem.

Typowy obrazek na ulicach Warszawy w godzinach porannych. Sznur samochodów wolno się porusza, a nad prawidłowością ruchu czuwa bezrobotny chwilowo fotoradar. Ale na poboczu dwaj, albo kilku dżęntelmenów w nienagannych garniturach zawzięcie dyskutuje kto ponosi winę za stłuczkę w której właśnie uczestniczyli. Wreszcie na dachach korporacyjnych limuzyn piszą sobie oświadczenia…

Jeden jechał 30 km na godzinę, jak wszyscy, a drugi usiłował ślizgać się z pasa na pas z szybkością 45 km na godzinę i zajechał temu pierwszemu drogę. Wobec fotoradaru obaj są niewinni, sprawca też, a jednak parę zderzaków i szkła z kilku lamp walają się po jezdni. Bo dla bezpieczeństwa ruchu znaczenie ma nie szybkość bezwzględna zapisana w móżdżku komputerowym fotoradaru, ale szybkość względna mierzona w stosunku do szybkości z jaką poruszają się inne samochody. W tym przypadku pirat jechał o 50 proc. szybciej niż pozostali kierowcy. I to była pierwsza przyczyna kolizji. A druga – klasyczna, stanowiąca tło ogromnej większości tego typu zdarzeń czyli chamstwo. Jeden z tego towarzystwa wykazał się odrobiną chamstwa „a co tu się taki będzie pchał przede mnie”, a drugi chamstwem pełnowymiarowym czyli – „JA się śpieszę, JA muszę być pierwszy, a co MNIE obchodzą inni”.

W takich okolicznościach fotoradar jest zupełnie zbędny, więc stoi sobie nieużytecznie jako pomnik głupoty schematycznego myślenia. Za to wieczorem lub w nocy kiedy szeroka arteria jest prawie pusta, bezmyślne oko fotoradaru błyska za każdym razem kiedy mija go kierowca nie z tej okolicy, który urządzenia nie zauważył, ponieważ się nie rozglądał wiedząc, że jedzie z bezpieczną szybkością.

Nie da się wyznaczyć rozsądnych limitów szybkości, które byłyby uzasadnione przez cała dobę, w każdych okolicznościach. Szybkość, która byłaby niebezpieczna w dzień powszedni, jest zupełnie niegroźna w nocy czy w okresie, kiedy „wszyscy” wyjechali na wakacje. Ale fotoradar jest zaprogramowany na limit szybkości niebezpiecznej tylko potencjalnie, tylko w pewnych warunkach. To tak, jakby karać wszystkich mężczyzn za to, że noszą ze sobą potencjalne narzędzie gwałtu…

Ogromna większość ludzi jest rozsądna, ale zdarzają się wariaci, osobnicy pozbawieni wyobraźni, którzy pędzą z szybkością zawsze niebezpieczną. Takich prawdziwych piratów należałoby rzeczywiście wyselekcjonować i konsekwentnie z ruchu wyeliminować. Ale byłoby to możliwe wtedy, kiedy fotoradary nastawione byłyby na szybkość dużo większą od przepisowej. Kiedy zasadniczo zmniejszyłaby się lawina „donosów” fotoradarów do przypadków naprawdę patologicznych.

Niemieckie pismo „Motorradfahrer” zamieściło nie dawno ciekawą informację o wyroku na pewnego motocyklistę, który nie złamał żadnej reguły ruchu drogowego. Jechał całkowicie przepisowo bo 200 km na godzinę na autostradzie na której nie było żadnych ograniczeń szybkości. I nie popełnił też żadnego błędu w sytuacji w której doszło do wypadku, który pozwoliłby mu przypisać winę za ten wypadek. Sąd jednak orzekł, że jeśli ktoś jedzie 200 km na godzinę i bez własnej winy jest zamieszany w kolizję to ponosi za nią 40 proc. odpowiedzialności. Zgadzam się z tym wyrokiem choć przed przebudową „gierkówki”, na pustym odcinku przez las przed Wolicą zawsze kiedy jechałem do Warszawy Banditem 1250 rozkoszowałem się 180 km na godzinę. Z lasu nie wychodzą żadne boczne drogi, ruch przepędził zwierzynę więc jedynym niebezpieczeństwem były radiowozy czające się na zakręcie w Wolicy. Raz się na niego nadziałem, ale na szczęście jechałem BMW R1150GS więc tylko sto parę kilometrów na godzinę, a panowie policjanci uwierzyli, że od ponad pół wieku jeżdżę bez kolizji, więc skończyło się na pouczeniu.

Brak komentarzy

Skomentuj