Czernobyl i okolice

Czernobyl i okolice

Czernobyl i okolice

Różne nacje traktują różnie radiacje. Kiedy nasza grupa z Klubu Motocyklowego BMW – stosownie do 30 stopniowego upału – paradowała w koszulkach z krótkimi rękawkami, spotkana grupa amerykańskich drągali maszerowała ubrana pod szyję. Jeden rosły młodzian nawet w zimowej, puchowej kurtce. Z dyndającym dozymetrem na piersi. Nasz ukraiński przewodnik, raz do roku  badany przez medyków od skutków promieniowania, więc dobrze zorientowany, był też w koszulce polo.  W ciągu jednodniowej wycieczki otrzymuje się taką dawkę promieniowania jak w ciągu godziny lotu samolotem. Tak przynajmniej reklamuje ekskursje do zamkniętej Zony  organizator Czernobyl Tour. No, nie wiem. W dawnej przystani jachtowej nad zakolem rzeki Prypeć przewodnicy pokazują taki dołek w ziemi gdzie koncentracja radioaktywności wskazuje prawie stokrotnie większe promieniowanie niż metr dalej. Więc jakby tam ktoś stanął (siadać nie wolno), i z tego miejsca dłużej patrzył na to co upływ czasu i szabrownicy zrobili z pięknym pawilonem portowym to….

W strefie 10 kilometrowej, gdzie promieniowanie uniemożliwi jej zasiedlenie, przez dziesiątki tysięcy lat przewodnik nakazuje tylko – Proszę wziąć ubranie z długimi rękawami. Trzeba je ze sobą mieć (dla bezpieczeństwa przewodnika?), ale można go nie nakładać. Dwaj koledzy, którzy trafili do innej grupy i przyjechali z odległego o 130 km Kijowa innym busem, mieli szczęście spotkać jeszcze bardziej tolerancyjną przewodniczkę. Nie dość, że nieziemsko piękna – co w tej krainie kobiet bajecznie zgrabnych z charakterystycznymi płaskimi brzuchami i płaskimi pupami, nie jest rzadkością – to jeszcze świetnie przygotowana i wyrozumiała. Stojąc przed opuszczonymi blokami mieszkalnymi, supermarketem czy kinem lub wielkim hotelem ogłaszała uczestnikom –Do środka nie wolno wchodzić, bo można wpaść np. do szybu windy. Macie 15 minut na zwiedzenie. Chłopcy chwalili się potem, że oglądali panoramę opuszczonego miasta Prypeć z dachu bloku i dokładnie obejrzeli bardzo ładne, duże mieszkania, oczywiście już systematycznie zrujnowane przez szabrowników, którym przydały się drzwi, wyrwane kaloryfery ze ścian, nie mówiąc już o skarbach z łazienek. Bo blisko 50-tysięczne miasteczko, zbudowane od podstaw dla pracowników elektrowni jądrowej nie przypominało innych sowieckich miast. Luksusowe domy, bogata infrastruktura z dwoma kinoteatrami, dwoma basenami, stadionem oświetlonym wysokimi masztami, wesołym miasteczkiem, świetnie zaopatrzonymi supermarketami, nowoczesnym szpitalem (w którym pod zamknięciem składowane są teraz napromieniowane ubrania ratowników, którym udzielano tu pierwszej pomocy).

W Rosji, zwłaszcza tej centralnej, którą ja nazywam „kacapską” taki liberalny stosunek do przepisów jaki prezentowali nasi ukraińscy przewodnicy jest w ogóle nie do wyobrażenia. Tam każdy pełniący jakąś funkcję postępuje zawsze, bez żadnych wyjątków według „zakonu”.  Dopisałem więc jeszcze jeden plus Ukraińcom. A przyznam się, że jechałem do tego kraju pełen uprzedzeń. Gdyby nie to,  że grupowe zwiedzanie Kijowa z wycieczką do Czernobyla zorganizował BMW Klub Motocyklowy nigdy nie wpadł bym na pomysł wyjazdu na Ukrainę. Wyobrażenia o niej zbudowałem na opowieściach pracujących w Polsce Ukrainek – o powszechnej korupcji, słabości państwa, biedzie i bezrobociu. Państwo utrzymywane przy życiu dzięki kroplówce UE z upadłą gospodarką? To co w takim razie robią te setki obładowanych TIR-ów w wielokilometrowych kolejkach, na przejściu w Dorohusku w obu kierunkach?  W Kowlu w sklepie nie gorzej zaopatrzonym niż u nas kupuję czekoladę (– Z fabryki naszego prezydenta, mówi po polsku z ukraińskim akcentem klientka). Wszystko jest bajecznie tanie. Dla nas! Ceny w hrywnach często takie same lub tylko dwa razy wyższe niż u nas, ale za złotówkę dostaję w kantorze 7,5 hrywny! Ale ochroniarz w hotelu Comfort (rzeczywiście bardzo wygodnym) w Kowlu zarabia 3000 hrywien, nominalnie 400 zł, a według siły nabywczej jakieś 1000 zł. Niskie zarobki zmusiły do emigracji miliony Ukraińców. Na poniewierkę u obcych. Obraz Ukrainy jaki rysuje się z ich opowieści jest chyba nawet gorszy od rzeczywistości. Ale takie „oczernianie” życia na Ukrainie przez emigrantów jest psychologicznie zrozumiałe. Nauczycielka spod Żytomierza czy Łucka, która sprząta mieszkanie nauczycielki polskiej musi zabić tęsknotę za domem, za  bliskimi, umocnić się w decyzji, że słusznie zrobiła wyjeżdżając z własnego kraju.

Po 500 km drogi z niezłą nawierzchnią i paroma zakrętami, a właściwie łukami na całym dystansie, od granicy do Kijowa  wjeżdżaliśmy od strony przedmieścia położonego w sosnowym lesie. Wśród wysokich drzew eleganckie hotele, okazałe wille, nowoczesne apartamentowce. To miasto położone malowniczo na siedmiu wzgórzach zachwyciło nas od pierwszego wejrzenia. Tą śródziemnomorską luźną atmosferą, południowymi barwami, wielkomiejskim sznytem (3,5 mln zameldowanych mieszkańców), umiarkowanym zatłoczeniem ulic. Na latarniach banery „Armia, mowa (język), wiara. Idziemy swoją drogą. Petro Poroszenko”.  Państwo w upadku czy może raczej w budowie? Z narodem szukającym swojej tożsamości, szkoda, że w kontrze do rosyjskich braci.

1986 rok, na Kremlu urzęduje Gorbaczow, ale trwa jeszcze zimna wojna. Rosjanie są pod wrażeniem zbombardowania przez Izrael atomowej elektrowni w Iraku. Postanawiają zbadać jak będzie się zachowywał reaktor w przypadku zmniejszenia mocy i chłodzenia w wyniku ataku. 26 kwietnia w nocy trwa eksperyment, o godzinie 1.23 w niedostatecznie chłodzonym reaktorze nr IV w Czernobylu wybucha pożar. Ciśnienie pary wyrzuca ważącą 3500 ton pokrywę reaktora na zewnątrz, na kilkaset metrów w górę wznosi się słup ognia i pyłu radioaktywnego, który tworzy chmury przemieszczające się w różnych kierunkach. Reaktor wypluł z siebie więcej radioaktywności niż trzy bomby atomowe  takie jak ta, którą  Amerykanie zrzucili na Hiroszimę. Skażone zostają olbrzymie tereny w Skandynawii, na Białorusi, w Czechach, Bawarii a nawet we Włoszech. W Polsce największy opad tego pyłu zanotowano w okolicy Mikołajek. Do pożaru pędzi straż pożarna, której nikt nie uprzedził o promieniowaniu radioaktywnym. Dwóch strażaków umiera jeszcze tego samego dnia, 28 innych w ciągu miesiąca. W następnych dniach ratownicy usuwający grafitowe pręty  i gruz radioaktywny z tego co zostało z dachu reaktora odpowiednio ubrani i chronieni tarczami przebywają  w tym miejscu po 5 minut. Inna grupa kopie pod płonącym reaktorem tunel, żeby go chłodzić od dołu. W sumie w akcji gaszenia pożaru, zabezpieczenia terenu, ewakuacji ludzi brało udział 600 tys. ludzi. Kilkuset ratowników umiera wskutek napromieniowania. Natężenie radioaktywności jest tak duże, że samobieżne roboty ulegają awarii, nie dają się sterować. Stoi kilka takich maszyn na specjalnej ekspozycji do której nie można za blisko podchodzić, jedna sześciokołowa ma tylko pięć kół bo ostatnie było tak silnie skażone, że nie dało się go zdezaktywizować do bezpiecznego poziomu promieniowania. W tej sytuacji niezawodni są tylko ludzie. Prawdziwi bohaterzy, gdyby nie zapobiegli wybuchowi jądrowemu w Czernobylu cała Europa nie nadawałaby się do zamieszkania przez ludzi.

W południe autobusy podwożą turystów na obiad. Do stołówki pracowniczej elektrowni! W jej licznych obiektach pracuje jeszcze 3 500 ludzi. Bezpośrednie otoczenie elektrowni robi idylliczne wrażenie. Po starannie wystrzyżonych trawnikach hasają wesołe, przyjazne, dobrze odżywione pieski z kolczykami w uszach. W kanale z wodą służącą do chłodzenia reaktorów hodowane są ryby, wystarczy wrzucić kawałki chleba a woda wrze od dorodnych sumów. Przed wejściem na stołówkę przechodzimy przez bramkę, która skanuje człowieka od stóp do głów. Potencjalnemu terroryście wystarczyłoby wziąć garść ziemi z najbardziej skażonej części strefy… Z tych samych powodów dostęp do IV reaktora chroni wysoki mur i druty pod prądem na porcelanowych izolatorach. Ukryty jest pod błyszczącym nierdzewnym metalem sarkofagiem który waży 35 000 t i kosztował 65 mld euro. W reaktorze wciąż zachodzą reakcje jądrowe, aparatura monitoruje temperaturę, promieniowanie i wszystko co się tam dzieje. Pieniądze na nowy sarkofag – tłumaczy przewodnik – dał Zachód w zamian za wygaszenie reaktorów nr I, II i III, które pracowały jeszcze w pierwszych latach 2000 –nych ponieważ wytwarzały też pluton czyli element bomb jądrowych. W pewnej oddali wznosi się V reaktor, który znajdował się jeszcze w trakcie budowy kiedy wydarzyła się katastrofa.

Trzy kilometry dalej miasto widmo, Prypeć. Mieszkańcy z okien swoich domów oglądali nocny fajerwerk nad IV reaktorem. Dostali taką dawkę promieniowania, że drogo za to zapłacili zdrowiem czy nawet życiem. Wszystkich  mieszkańców ewakuowano setkami autobusów 28 kwietnia uspakajając ich, że opuszczają domy tylko na trzy dni, żeby nic nie zabierali poza pieniędzmi i dokumentami. Nie wrócili i nie wrócą tu już nigdy. W sumie ze strefy skażonej o powierzchni 2 500 km kwadratowych wysiedlono 135 tys. ludzi, a 96 osiedli, wsi i miast położonych na Ukrainie i w pobliskiej Białorusi przestało istnieć. Około 300 osób  z  małych przysiółków uniknęło ewakuacji, do dziś żyje już z nich tylko 100, przeważnie starsze kobiety.

Zamknięta strefa ma kształt wydłużonego wieloboku. Podzielono ją umownie na najmocniej skażoną strefę 10 kilometrową do której życie wróci za dziesiątki tysięcy lat i 30 kilometrową, która będzie się nadawała do zamieszkania przez ludzi za 150 lat. Kiedy przekraczamy granicę tych stref i kiedy wyjeżdżamy  do Kijowa musimy przejść przez bramki, które sprawdzają czy nie wzięliśmy  jakiejś radioaktywnej „pamiątki”.

Zostawiona w spokoju natura bardzo bujnie się rozwija. Drzewa i krzewy otoczyły i wrosły w domy niczym puszcza tropikalna na budowlach Inków czy świątyń Tajlandii. Nie wolno siadać na ziemi, zrywać roślin, dotykać żadnych przedmiotów. Pod jabłoniami leżą dorodne jabłka. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że tu nie ma żadnego życia. Miejsce absolutnie, w sposób nie naturalny martwe. Kilkaset metrów idę z nosem przy ziemi i nie widzę żadnej mrówki czy innego owada, żadnych much, os. Czasem odezwie się jakiś ptak, widać też bobki saren. Dozymetr Grzenia pokazuje większą koncentrację ich skażenia radioaktywnego niż ziemia na której leżą.

Niesamowite wrażenie robi spacer po tym opuszczonym mieście. Wychodzimy na zakole rzeki rozlewającej się w szerokie jezioro. Zrujnowany port jachtowy z miejscami do ich cumowania, nieopodal drewniany, pochylony w stronę jeziora budynek przystani który wpada już prawie do wody. Dalej domy mieszkalne, które i teraz byłyby uznane za ładne. Elewacje z płytek ceramicznych tworzą kolorowe obrazy, na ścianie któregoś domu fotografuje namalowane misie.  Kilka rzeźb i pomników, wśród nich ostatni na Ukrainie pomnik Wiecznie Żywego Lenina .We wnętrzu dużego supermarketu wiszą jeszcze blaszane tabliczki z nazwami działów. Towar i wyposażenie zniknął względnie został poniszczony przez szabrowników i wandali. Obecnie cała strefa jest dobrze pilnowana przez służby ukraińskie, a przy wjeździe do Zony trzeba poddać się sprawdzeniu jak na lotnisku i okazać paszport. Piętrowe restauracje, wielki hotel połączony powietrznym przejściem z Instytutem Zagospodarowania Odpadów Radioaktywnych. Domy Kultury. Wesołe miasteczko z wagonikami na Diabelskim Kole, elektryczne samochodziki. Szklarnia. Kiedyś był tu raj.

W części najbardziej skażonej, do której dojeżdża się zarośniętymi drogami asfaltowymi, sekretny obiekt Czernobyl 2 zwany Okiem Moskwy. Za punktem kontrolnym stały tabliczki z napisem, że tu strzela się bez ostrzeżenia. Tu mieściła się centrala trzech olbrzymich radarów, które miały monitorować przylot rakiet balistycznych z terenu USA. Zwiedzamy antenę radaru „DUGA”. Jest to jakby ściana olbrzymiego rusztowania długości kilkuset metrów wysokości ponad 100 metrów zbudowana z grubych rur. Do zasilania anteny potrzebna była moc 10 megawatów. Kosztowała 7,5 mld dolarów. Po kilku latach budowy oddana do użytku w 1985, wkrótce wyłączona z powodu usterek i już nigdy nie używana (oby taki los czekał wszystkie sprzęty wojskowe, łącznie z naszymi Patriotami za 10 mld dolarów).  Zwiedzamy też miasteczko na 2500 osób dla rodzin wojskowych i remizę straży pożarnej z dokładną makietą tej bazy.

Przed powrotem zostajemy jeszcze raz skontrolowani na radioaktywność. Myślę, że to raczej ze względu na bezpieczeństwo publiczne niż nasze zdrowie. Udaję się do hotelu spisać wrażenia, a koledzy i koleżanki  idą w miasto. Czuję w nogach jeszcze wczorajszy 15 kilometrowy spacer na który zabrał nas Piotr. W zapadającym zmroku chodziliśmy po tym niezwykle urokliwym, zielonym mieście nad jedną z najdłuższych rzek w Europie – Dnieprem dwa razy szerszym tu, niż Wisła w Warszawie. Pływają po nim białe statki wycieczkowe. Wspinaliśmy się na zalesione wzgórze usiane różnymi sakralnymi obiektami Ławry Peczerskiej. Nieopodal ogromny teren tzw. Memoriału, stworzonego dla pamięci o Wojnie Ojczyźnianej święconej tu jak we wszystkich krajach b. ZSRR. Setki metrów płaskorzeźb oświetlonych o tej porze, ogromny posąg zwycięstwa odlany z metalu z jakiego buduje się rakiety kosmiczne. Przedstawia postać z ręką wyciągniętą do góry w której coś trzyma. Piotr, który spędził w tym kraju parę lat mówi, że Kijowianie przemianowali to dzieło na Pomnik Teściowej z Wałkiem. W paru miejscach place na których wystawiono sprzęt wojskowy z okresu II Wojny Światowej i uzbrojenie z czasów bardziej współczesnych, z rakietami balistycznymi włącznie. Czas zwiedzania już dawno minął, ale ochroniarz za 150 hrywien uprzejmie nas wpuszcza. No, jeśli tak objawia się sławetna ukraińska korupcja to ja nie mam nic przeciw. Ale problem jest chyba poważniejszy i leży w powszechności takich zachowań. Na przejściu w Dorohusku, w części ukraińskiej wisi ostrzeżenie, że w Polsce odpowiada karnie zarówno ten co bierze łapówkę  jak i ten co ją daje.

Mimo późnej pory dziesiątki ludzi spaceruje po rozległym, wielopłaszczyznowym  terenie Memoriału skąd rozciąga się widok na Dniepr i Down Town Kijowa. Widać ogrom tej metropolii. Kiedy wylądujemy na Chreszczatyku, szerokiej arterii zbudowanej jeszcze w XIX wieku, otoczonej monumentalnymi budynkami uświadamiam sobie, że w czasach kiedy Kijów był trzecim miastem  potężnego Imperium Rosyjskiego, Warszawa była prowincjonalnym miastem gdzieś na jego zachodnich rubieżach. W architekturze starszych dzielnic ta dysproporcja jest nadal widoczna, choć Kijów nie był tak zniszczony jak nasza stolica. Mijamy dużą synagogę, na ulicy pełno eleganckich limuzyn, radiowozów, tłumy ochroniarzy, zza muru docierają przemówienia w języku angielskim. Jest połowa września, zbliża się rocznica rzezi w nieodległym Babim Jarze. To  tam w dniu Jom Kipur 29 września 1941 r Einsatzkomanda SS poprowadzili tysiące Żydów eskortowanych przez ukraińską policję pod miasto gdzie ich rozstrzeliwano w grupach po 10 osób. Egzekucje trwały do 3 października, zamordowano 33 731 żydowskich mieszkańców Kijowa.

Do centrum dojeżdżamy jedną z trzech linii metra. Bilet kosztuje 8 hrywien, niewiele ponad 1 zł. Budowę chciała w 1916 r sfinansować Rosyjsko-Amerykańska Izba Przemysłowa, ale budowa ruszyła dopiero po II Wojnie Światowej. Wciąż jest kontynuowana.  Metro kijowskie jest wielokrotnie głębsze niż w Warszawie. Długachnymi schodami ruchomymi schodzącymi bardzo stromo w dół jedzie się i jedzie. Ludzie zjeżdżają siedząc na schodach, czytając książki, pary całują się. A potem przesiada się na drugi odcinek schodów, równie głęboki. Pierwszą linię oddano w 1960 r, głębokie metro miało pełnić funkcję schronu atomowego.

Chreszczatyk, słynna ze zorganizowanego na niej Majdanu, ulica w centrum Kijowa mimo późnej pory tętni życiem. Przypomina tym śródziemnomorskie miasta w Hiszpanii czy we Włoszech. Muzyka, tłumy, występy, koncert fontann na jakimś większym placu, gęsto w lokalach i ogródkach ulicznych, choć dopiero nazajutrz zaczyna się weekend. Na jezdni wystawa samochodów i urządzeń straży pożarnej. Kiedy dzielę się swoim zachwytem nad Kijowem z młodziutką Ukrainką pracującą w sklepie w Warszawie dodając komentarz, że nie rozumiem dlaczego przyjeżdżają  tu z tak pięknego miasta jak Kijów. Liczne żurawie i dźwigi budowlane w panoramie metropolii świadczą, że tam też się sporo buduje, więc praca musi być . – Ale ja nie mieszkam w Kijowie, odpowiada z nieśmiałym uśmiechem. Ano, tak. Ona mieszka w zupełnie innym kraju…

Paweł Kapuściński

Brak komentarzy

Skomentuj