Czechow obraca się w grobie przez wybryki wujka Wani na 6 piętrze

Czechow obraca się w grobie przez wybryki wujka Wani na 6 piętrze

 

„Wujaszek Wania”, dramat Anatola Czechowa, grany obecnie w Teatrze 6 Piętro (PKiN) wpisuje się tematycznie w literaturę demaskatorską z przełomu XIX i XX wieku (jak np. „Moralność Pani Dulskiej” Gabrieli Zapolskiej). Fabuła pełna zwrotów i rosnącego napięcia może budzić zainteresowanie i wciągać.

Do swojego majątku na prowincji przyjeżdża słynny i bardzo stary profesor, ze swoją drugą, młodziutką i piękną żoną. Majątkiem zarządza jego szwagier, tytułowy bohater. Jest tu jeszcze córka profesora z pierwszego małżeństwa, rozbrykana podlotka. Jest też jakaś dziwna męska postać której tożsamości nie udało mi się rozpoznać (albo wrzeszczał albo bełkotał). Jest wreszcie miejscowy lekarz, który pojawił się na scenie z monologiem, sprawiającym wrażenie przynudzania – w ostatnim rzędzie (bilety po 80 zł!) skutecznie zagłuszyła go zbyt głośna muzyka – ale potem okazał się najsympatyczniejszą osobą w całym dramacie. Jest też stara niania, która pierwsza sygnalizuje, że wizyta właściciela nie okazała się taką sielanką jak mogło to wyglądać, choć macocha nie tylko kocha i szanuje swojego profesora ale też doskonale dogaduje się z pasierbicą.

Profesor okazuje się zakochanym w sobie, oderwanym od życia egocentrykiem. Córka zakochuje się w lekarzu, w namiętność do niego popada również żona profesora, a w niej z kolei zakochuje się wujaszek Wania, szwagier profesora z jego pierwszego małżeństwa. Na dodatek profesor okazuje się bezwzględnym wyzyskiwaczem szwagra, który spłacił długi majątku za nędzną pensję (to dlatego Czechow był tak kochany w ZSRR i w PRL, obnażał bowiem mierność przedrewolucyjnych elit społecznych).Temperatura uczuć gromadki miotającej się po scenie wzrasta z każdą chwilą co mogłoby przykuwać uwagę widzów. Właśnie – mogłoby…

Gdyby tę sztukę zagrać w sposób realistyczny, tak jak pisano powieści czy sztuki teatralne pod koniec XIX w i tak jak tego wymagał od aktorów Konstantyn Stanisławski, twórca słynnego teatru MChAT w Moskwie (dla którego Czechow pisał swoje sztuki) powstałoby interesujące widowisko. Niestety między autorem i widzami stanął reżyser, który wespół ze scenarzystą (a propos – po zdjęciu sztuki z afisza zgłaszam chęć odkupienia kilku bram obrotowych, którymi aktorzy bez sensu kręcili, a ja puszczę na nich winorośle na swojej działce) postanowili zrobić coś ekstra, coś nowoczesnego (?), coś niespotykanego. Aktorzy jak wspomniałem miotają się na scenie, biegają w te i we wte, wrzeszczą, rzucają się na ziemię, profesorowa wygina się na wyżej wymienionych bramkach jak panienki tańczące na rurze (to może też bez sensu, ale przynajmniej było na co popatrzeć bo zgrabna), córeczka podlotek skacze po meblach jak małpa. Związku z treścią sztuki to nie ma żadnego, odwrotnie utrudnia percepcję słowa. Autor poszedł w swoją stronę, reżyser w swoją, a aktorzy profesjonalnie szarżowali (wiem, że to sprzeczność, ale nie mogę odmówić zawodowstwa dobrym aktorom, którzy nawet w szarżowaniu wznieśli się na wyżyny profesjonalizmu). Widzowie zapamiętali bili brawo, tak jak należy, tak jak trzeba zachować się w teatrze, jeśli jest się kulturalnym człowiekiem.

Pawelkapuściński.pl

Brak komentarzy

Skomentuj